Sylwia Błach: Rozmawiamy o dezinformacji i fact-checkingu. Jakie typy dezinformacji najczęściej pojawiają się dziś w polskiej przestrzeni cyfrowej i które z nich są najbardziej niebezpieczne społecznie?
dr Kamil Wszołek: Zapomnijmy o amatorskich kłamstwach pisanych na kolanie. Dzisiejsza dezinformacja to sprofesjonalizowany, bezwzględny przemysł, który handluje naszymi emocjami i lękami.
Bezpieczeństwo i stabilność państwa to absolutna pierwsza liga zagrożeń. Cel tych działań jest bezwzględny: wywołanie masowej paniki, paraliż decyzyjny oraz niszczenie zaufania do instytucji państwowych czy wojska. Najlepszym paliwem dla tego mechanizmu jest sztuczne podsycanie napięć wokół mniejszości narodowych. Tutaj dezinformatorzy stosują nawet technologię recyklingu informacji, czyli puszczanie w eter starych, zgranych „coverów”. W czerwcu do sieci powróciła np. zmanipulowana historia o tym, że Ukraińcy wystawili na portalu aukcyjnym karetkę pogotowia przekazaną jako dar przez miasto Chojnice. Choć sprawa była szczegółowo wyjaśniona już w styczniu 2025 roku, to oszuści wiedzą, że raz zasiane emocje można łatwo podgrzać na nowo.
Kolejny obszar to teorie spiskowe i kłamstwa dotyczące zdrowia. W tym przypadku dezinformacja przestaje być wyłącznie grą o polityczne wpływy, a staje się bezpośrednim igraniem z ludzkim życiem. To bezmyślne promowanie w sieci niesprawdzonych, rzekomo „cudownych leków”, negowanie bezpieczeństwa szczepień czy inne skrajne absurdy, które uderzają w fundamenty wiedzy naukowej. W tym przypadku ludzie, karmieni strachem i fałszywą nadzieją, podejmują tragiczne w skutkach decyzje.
Manipulacje klimatyczne i ekologiczne to wektor wycelowany bezpośrednio w naszą przyszłość ekonomiczną i transformację gospodarczą.
I na koniec oszustwa finansowe i inwestycyjne. Domena, w której technologia służy bezwzględnemu drenażowi naszych portfeli. Cyberprzestępcy coraz częściej wykorzystują tu zaawansowane technicznie deepfake’i, bezprawnie klonując wizerunki i głosy powszechnie znanych osób oraz polityków. Tworzone w ten sposób fałszywe materiały służą do bezpośredniego wyłudzania oszczędności życia. Uderza to bezlitośnie w poczucie podstawowego bezpieczeństwa ekonomicznego jednostki.
Niezależnie jednak od tego, czy mówimy o globalnej obronności, zdrowiu publicznym, ekologii czy stanie konta, dezinformacja zawsze szuka luki informacyjnej i silnej emocji. Gdy je znajdzie, natychmiast zamienia je w cyfrową broń.
SB: Dlaczego internet jest świetnym miejscem na dezinformację? Co sprawia, że z taką łatwością ludzie, którzy krzyczą przed telewizorem „nie wierzę politykom!”, z łatwością padają ofiarą fikcyjnych informacji w internecie?
dr Kamil Wszołek: To fascynujący paradoks, który NASK w swoim raporcie z 2026 roku nazwał wręcz „paradoksem spiskowym”. Co ciekawe, badania te obalają mit, że na kłamstwa w sieci najbardziej podatni są seniorzy. Osoby powyżej 60. roku życia radzą sobie z tym całkiem dobrze. Najbardziej podatni są młodzi dorośli, do czterdziestego roku życia. Dlaczego? Ponieważ internet daje nam potężne, fałszywe poczucie sprawczości.
Kiedy odrzucasz tradycyjne media i autorytety, wchodzisz do sieci z poczuciem: „teraz sam odkryję prawdę”. I wtedy wpadasz w pułapki własnego mózgu. Działa tu tzw. efekt potwierdzenia – z łatwością akceptujemy bzdury, jeśli tylko pasują do naszych wcześniejszych uprzedzeń czy lęków. Dodatkowo oszuści stosują „heurystykę zakotwiczenia”. Jeśli w zmyślonej historii pojawią się precyzyjne liczby, daty i konkretne funkcje, np. „szefowa tartaku” albo „profesor teologii moralnej”, nasz mózg uznaje to za prawdę. Myślimy: „przecież nikt by tego tak szczegółowo nie zmyślił”.
Kiedy czytamy masę sprzecznych źródeł, zamiast wiedzy zyskujemy chaos. W stanie dezorientacji nasz umysł najchętniej przyjmuje prostą teorię spiskową, bo ona w logiczny sposób wskazuje palcem jednego, winnego wroga. Do tego dochodzą platformy społecznościowe ze swoimi algorytmami. Karmienie się krótkimi, emocjonalnymi filmikami drastycznie obniża naszą zdolność do krytycznej analizy.
SB: Pracujesz w radio, rozpocząłeś we współpracy z Demagog audycję edukującą w temacie fact-checkingu i dezinformacji. Jakie są największe wyzwania w tłumaczeniu złożonych procesów weryfikacji faktów słuchaczom, którzy często oczekują szybkich i prostych odpowiedzi?
dr Kamil Wszołek: Radio to medium specyficzne. Słuchacz często konsumuje je w biegu, prowadząc samochód czy robiąc zakupy. Nie mogę wyjść na antenę i zanudzić go hermetycznym językiem o analizie metadanych obrazu, rejestrach KRS czy geolokalizacji w analizach OSINT. Muszę zamienić weryfikację faktów w żywą opowieść detektywistyczną.
Największe wyzwanie to czas. Stworzenie fake newsa trwa sekundę, a jego rzetelne obalenie – czasem kilka dni. Odbiorcy chcą odpowiedzi „tak lub nie” natychmiast. Na antenie Radia Kraków w audycji „Prawda czy Fejk” codziennie rano staram się pokazywać ten proces krótko, poprzez anegdoty, lekki felietonowy język. Natomiast pogłębioną analizę najważniejszych zjawisk przedstawiamy naszym słuchaczom raz w miesiącu w specjalnej godzinnej radiowej debacie. W radiowym studiu wspólnie z analitykami ze Stowarzyszenia Demagog oraz z przedstawicielami świata nauki rozkładamy na czynniki pierwsze wszystkie manipulacje, które pojawiły się w przestrzeni medialnej. Pokazanie ludziom krok po kroku mechanizmów działania dezinformacji uczy zdrowego sceptycyzmu lepiej niż jakikolwiek podręcznik akademicki.
SB: Pytanie kontrowersyjne, ale odpowiedź jest ważna. Czy Twoim zdaniem media naprawdę chcą walczyć z dezinformacją, czy tylko udają? W końcu fake newsy generują kliki, emocje i słuchalność, a każdy z nas chyba już nie raz „potknął się” o sensacyjne nagłówki na portalach, które do niedawna uważaliśmy za wartościowe i jakościowe?
dr Kamil Wszołek: Dotykasz sedna problemu, czyli tzw. ekonomii uwagi. Żyjemy w realiach,
gdzie uwaga odbiorcy jest walutą. Portale informacyjne zarabiają na wskaźnikach klikalności. Clickbaity i skrajne emocje po prostu świetnie się sprzedają i generują zyski z reklam. Mamy tu do czynienia z instytucjonalną schizofrenią. Z jednej strony duże redakcje tworzą świetne działy fact-checkingowe i deklarują walkę z kłamstwem. Z drugiej – te same portale w pogoni za zasięgami wrzucają sensacyjne tresci, bo boją się, że konkurencja ich wyprzedzi. To niszczy zaufanie do całego dziennikarstwa. A zapotrzebowanie na prawdę jest ogromne.
Podsumowanie Demagoga za 2025 rok pokazało przerażającą statystykę, aż 65% zweryfikowanych wypowiedzi polityków okazało się fałszem lub manipulacją! To wzrost o 17 punktów procentowych rok do roku. Jednocześnie Demagog ze swoimi sprostowaniami dotarł do milionów odbiorców. To dowód, że jako społeczeństwo desperacko potrzebujemy rzetelnej weryfikacji, a media – zwłaszcza publiczne i misyjne – muszą zrezygnować z pogoni za klikami na rzecz edukacji.
SB: Ludzie często mylą fakty z emocjami. Gdzie stoi granica pomiędzy dezinformacją (na przykład zdjęcie z filmu podpisane jako zdjęcie z prawdziwej wojny) a opinią (na przykład prezydent wypowiadający swoje zdanie na kontrowersyjny temat)?
dr Kamil Wszołek: Ta granica jest ostra jak brzytwa, choć manipulatorzy robią wszystko, byśmy dostali zawrotu głowy. Wszystko sprowadza się do dwóch słów: sprawdzalność faktu i intencja autora.
Dezinformacja to celowa produkcja kłamstwa. Podpisujesz kadr z filmu fabularnego jako autentyczne zdjęcie z frontu? Fabrykujesz dowód materialny, by wywołać panikę lub nienawiść. Piszesz wzruszającą historię do wygenerowanego przez AI obrazu więźniów jako autentycznego zdjęcia z obozów koncentracyjnych? Fabrykujesz dowód materialny, by uzyskać kliknięcia lub zasięgi. To jest obiektywny fałsz, który możemy zweryfikować. Opinia to z kolei subiektywny sąd wartościujący. Kiedy ważny polityk komentuje kontrowersyjny temat przez pryzmat swoich poglądów, porusza się w świecie wartości i ideologii.
Nie da się zweryfikować opinii w kategoriach prawdy lub fałszu. Masz pełne prawo się z nią nie zgadzać, ale to nie jest dezinformacja. Najgorsza jest jednak strefa półcienia – manipulacja. Oszuści rzadko kłamią w 100%. Najczęściej biorą prawdziwy fakt (np. statystykę policyjną dotyczącą przestępczości) i wkładają go w całkowicie fałszywy, emocjonalny kontekst, wybierając tylko wygodne dane pod z góry założoną tezę. W ten sposób karmią strach i złość, by realizować swoje polityczne lub
biznesowe cele.
SB: Idąc dalej tym tropem: jak bronić się przed zarzutem stronniczości? Nie z perspektywy dziennikarzy, ale zwykłego obywatela, który np. chce zwrócić uwagę znajomemu, teściowi, sąsiadowi, że jego ostatni wpis „na fejsie” to mówiąc kolokwialnie „straszne bzdury”?
dr Kamil Wszołek: Jeśli wjedziesz w dyskusję z teściem czy sąsiadem na tzw. “pełnej petardzie” i powiesz: „co za bzdury udostępniasz”, przegrałeś walkę o prawdę przed jej rozpoczęciem. Taki atak personalny odpala w jego mózgu natychmiastową obronę ego. Pojawia się efekt rykoszetu – Twój rozmówca jeszcze mocniej okopie się na pozycji kłamstwa.
Żeby zachować klasę, pełen profesjonalizm i nie wyjść na stronniczego, zaczynasz od punktu wspólnego, z którym nikt nie może się pokłócić. Na przykład: „Też uważam, że transparentność finansowa to kluczowa sprawa”. Następnie wskazujesz manipulację, ale całkowicie zdejmujesz winę ze swojego rozmówcy. Przenosisz ją na zewnętrznego architekta kłamstwa: „Zobacz, ten portal celowo używa zmanipulowanego nagłówka, żeby wyłudzać nasze kliknięcia. Ktoś podmienił kontekst tego filmu, żeby nas skłócić”. Na koniec ponownie przypominasz i domykasz wypowiedź czystym faktem. W ten sposób nie robisz ze znajomego czy sąsiada naiwnego odbiorcy. Budujesz z nim sojusz przeciwko internetowym oszustom.
SB: Obrona prawdy jest ważna, ale cofnijmy się o krok. Jak robić fact-checking? Jakie narzędzia technologiczne, portale, aplikacje mogą nam w tym pomóc? I jakie odruchy warto w sobie wyrobić, by chronić się przed dezinformacją?
dr Kamil Wszołek: Najważniejsze to krytyczne myślenie i opanowanie emocji. Po pierwsze, kubeł zimnej wody na głowę! Jeśli jakiś post na Facebooku czy Xie sprawia, że skacze Ci ciśnienie, czujesz nagły gniew, strach albo ekscytację – masz absolutny zakaz klikania „udostępnij”. Emocje paraliżują logiczne myślenie, a dezinformatorzy dokładnie na to liczą. Po drugie, nie bądźmy leniwi, czytajmy całe artykuły, a nie tylko krzykliwe nagłówki. Jeśli chodzi o techniczny niezbędnik w naszej kieszeni, polecam zestaw bezpłatnych narzędzi takich jak np. odwrotne wyszukiwanie obrazem. Widzisz sensacyjne zdjęcie? Wrzuć je tam. Narzędzie od razu pokaże, kiedy pojawiło się po raz pierwszy.
Kolejne ciekawe narzędzie to browserling, czyli taki cyfrowy schron. Pozwala na otwieranie podejrzanych linków na bezpiecznych, zewnętrznych serwerach. Za pomocą Wayback Machine, czyli takiego internetowego archiwum możemy sprawdzić jak dana strona wyglądała, zanim autorzy usunęli z niej kompromitujące treści. Warto też zapamiętać adres cert.pl. Jeśli widzisz jakąś podejrzaną wiadomość albo fałszywą ofertę zgłoś link do tych służb, a błyskawicznie go zablokują.
SB: Fact-checking i przyszłość. Czy systemy automatycznej weryfikacji treści zastąpią ekspertów? Czy ostatnie zdanie będzie miał zawsze człowiek? Ani system, ani człowiek, nie są nieomylni.
dr Kamil Wszołek: Liczby są bezwzględne. W połowie 2026 roku przekroczyliśmy cyfrowy Rubikon: ruch botów w sieci po raz pierwszy w historii pokonał aktywność ludzi. Wchodzimy w erę tzw. slopagandy – masowej produkcji fałszywych treści przez generatywną sztuczną inteligencję. Skala jest tak ogromna, że bez systemów automatycznej weryfikacji opartej na AI po prostu utoniemy. Algorytmy są genialne w pierwszej linii obrony. Potrafią w sekundę przeszukać miliony wpisów, wykryć skoordynowane sieci botów czy wychwycić cyfrowe anomalie w deepfake’ach.
Jednak AI nigdy całkowicie nie zastąpi człowieka. Weryfikacja informacji to nie jest matematyczne równanie. Wymaga zrozumienia kontekstu kulturowego, niuansów lokalnej polityki, ironii, satyry czy drugiego dna. Sztuczna inteligencja nie ma kompasu moralnego, potrafi sama „halucynować”, zmyślać fakty i przede wszystkim nie rozumie intencji nadawcy.
Przyszłość to model hybrydowy human-in-the-loop. Maszyny wykonają za nas czarną, tytaniczną robotę – odsieją szum, połączą kropki i zaalarmują o anomalii. Jednak ostateczny werdykt, krytyczna ocena i decyzja o sprostowaniu zawsze będą musiały należeć do człowieka.
Nasze bezpieczeństwo w sieci będzie zależało od tego, jak skutecznie połączymy bezwzględną szybkość algorytmów z mądrością i empatią ludzkiego redaktora.

