Ważna zapowiedź giganta płatności! Kryptowaluty wreszcie trafią pod strzechy?

Czy kryptowaluty wchodzą właśnie do mainstreamu płatności? Czy bitcoinem albo ethereum będziemy powszechnie płacili w sklepie za chleb i bułki? I czy to oznacza początek końca dominacji „normalnych” pieniędzy, takich jak złote, euro, czy dolary? PayPal ogłosił niedawno, że za pośrednictwem jego bramki płatności będzie można płacić kryptowalutami. To początek rewolucji?

Już pod koniec tego kwartału amerykańscy użytkownicy PayPal będą mogli wykorzystać kryptowaluty jako źródło pieniądza podczas zakupów – ogłosiła firma. Ważna wiadomość dla tych, którzy płacą PayPalem w internecie. Dziś można do portmonetki przypiąć kartę płatniczą. W niedalekiej przyszłości będzie można też przypiąć portfel kryptowalut.

Zobacz również:

To oznacza, że kryptowaluty wchodzą w krąg zainteresowania jednej z największych światowych firm pośredniczących w przetwarzaniu transakcji. Nie jedynej zresztą. Niedawno największa światowa organizacja płatnicza Visa poinformowała o uruchomieniu karty płatniczej, w której będzie „zainstalowany” program cashback, w którym nagrodami za częste transakcje będą… kryptowaluty.

Te wszystkie nowinki dość szybko mogą pojawić się w Polsce. Jesteśmy jednym z bardziej „cyfrowych” krajów jeśli chodzi o sektor finansowy, więc PayPal, Visa, Mastercard i banki komercyjne zapewne dość szybko będą chciały przetestować na nas rozwiązania pozwalające na co dzień używać „kryptopieniędzy”.

Czy to oznacza, że płatności kryptowalutami wejdą zaraz pod strzechy? Że poza posiadaniem podręcznych banknotów w portfelu, czy w bieliźniarce, będziemy też mieli w każdym smartfonie trochę „krypto”? Co by to oznaczało dla nas i dla banków?

Szaleństwo bitcoina. Czy kryptowaluty wchodzą właśnie do mainstreamu?

Od kilku miesięcy obserwujemy bezprecedensowy wzrost wartości rynkowej bitcoina, najpopularniejszej na świecie kryptowaluty. O tym, czym jest bitcoin pisaliśmy już na Homodigital.pl, tłumaczyliśmy też znaczenie technologii blockchain dla świata finansów. Bitcoin jest czołowym praktycznym „zastosowaniem” tej technologii.

Dziesięć lat temu jeden bitcoin był wart jednego dolara. W 2013 r. jego wartość przekroczyła po raz pierwszy 100 dolarów. W 2017 r. za jednego bitcoina płacono już 1.000 dolarów, zaś rok później – 10.000 dolarów. Teraz wartość jednego bitcoina zbliża się do 40.000 dolarów.

To oznacza, że w ciągu dziesięciu lat wartość jednostki cyfrowego pieniądza, przeliczająca się początkowo na cenę hamburgera w McDonald’sie, wzrosła do wartości porównywalnej do bardzo dobrego samochodu albo np. połowy ceny kawalerki w Warszawie.

Co się dzieje? Od początku pandemii wartość bitcoina wzrosła niemal czterokrotnie. Co stoi za tą hossą? Głównie obawa przed upadkiem wiarygodności pieniądza emitowanego przez banki centralne (ostatnio emitowanego – dodajmy – bez opamiętania).

Wartość bilansu amerykańskiego banku centralnego od początku pandemii do dziś wzrosła niemal dwukrotnie (z 4,3 do 7,2 biliona dolarów). Poprzez kupowanie obligacji i innych papierów wartościowych od ich dotychczasowych posiadaczy bank centralny wypuścił na rynek niewyobrażalną wartość gotówki. To samo zrobił Europejski Bank Centralny i jego odpowiedniki w innych krajach.

Posiadacze oszczędności obawiają się, że prędzej czy później musi dojść do wybuchu inflacji, bo tak duża ilość pieniądza bez pokrycia nie może nie zaowocować wzrostem cen. Zwykle na tę okoliczność kupowało się złoto, ale teraz jest modniejsza alternatywa – kryptowaluty. Czyli pieniądz, który jest wymienialny, można nim płacić i wygodnie go przenosić z miejsca na miejsce, lecz nie można go bezkarnie dodrukować.

Czytaj więcej: Czy bitcoin to nowe, „cyfrowe złoto”? I czy kto go nie kupił, przegrał życie?

Bitcoin rośnie najszybciej ze wszystkich alternatywnych inwestycji, bo jest go najmniej. To jest malutki rynek, wart obecnie niecały bilion dolarów. Dla porównania: wartość rynkowa wszystkich akcji jednej tylko amerykańskiej spółki Apple to prawie 2,5 biliona dolarów.

Szef Bank of England: „Dni bitcoina jakiego znamy są już policzone”

Jeśli czegoś jest mało i jest to modne, to wartość rynkowa tego czegoś rośnie. Ale w przypadku bitcoina i ogólnie kryptowalut jest coś jeszcze – zapowiedzi, że to „coś” będzie jeszcze modniejsze i jeszcze popularniejsze.

Już od pewnego czasu banki komercyjne w niektórych krajach otwierają się na pośredniczenie w przechowywaniu kryptowalut dla swoich klientów, a nawet na ułatwianie handlu nimi. To popularyzuje bitcoina, zbliża go do „normalnych” ludzi, posiadaczy oszczędności.

Bankom nie przeszkadza fakt, że bitcoin jest uważany za „pieniądz” zdominowany przez organizacje przestępcze, wykorzystywany do prania pieniędzy oraz do finansowania handlu narkotykami, prostytucji i innych nielegalnych interesów.

Mimo wszystko niewiele krajów decyduje się na jego całkowitą delegalizację. Choć w Polsce np. mieliśmy przypadki zamykania przez banki rachunków klientom, którzy używali ich do kupowania i sprzedawania kryptowalut.

Czytaj też: W Polsce niektóre banki zamykały konta ludziom, którzy handlowali kryptowalutami

Ostatnio prezes Bank of England, brytyjskiego banku centralnego wyraził ostro brzmiącą tezę, że „dni bitcoina są policzone”. Andrew Bailey ostrzegł fanów kryptowalut, że waluty cyfrowe, takie jak bitcoin, nie przetrwają zbyt długo w obecnej formie ze względu na to, że nie są zaprojektowane i „zarządzalne” w sposób, który mógłby dać im siłę w globalnym finansach.

Co miał na myśli prezes Bank of England? Brak regulacji, podatność na przestępstwa, podatność na manipulację.

O ile dolar, euro, czy jakakolwiek inna wiarygodna waluta jest w miarę stabilnym (choć podkopywanym przez inflację) nośnikiem wartości, o tyle wartość kryptowalut zmienia się, jak w kalejdoskopie. Czy ktoś chciałby trzymać swoje całe oszczędności w „pieniądzu”, którego wartość jest tak niestabilna, że nadaje się on tylko do spekulacji?

Poza tym giełdy, na których handluje się kryptowalutami, często są okradane albo znikają, same okazując się oszustwami. Przestępców kryptowalutowych nikt nie ściga, bo większość państw nie zna pojęcia takiego, jak kradzież cyfrowej gotówki.

Wcześniej w styczniu prezeska Europejskiego Banku Centralnego (EBC) Christine Lagarde powiedziała, że bitcoin jest „wysoce spekulacyjnym aktywem”, a brytyjski Urząd Nadzoru Finansowego (FCA) ostrzegł inwestorów kryptowalutowych, że powinni być „gotowi stracić wszystkie swoje pieniądze”, jeśli zaparkowali je w aktywach cyfrowych.

Stablecoiny zakończą hossę bitcoinową?

Niektórzy mówią, że bitcoin jest tolerowany tylko dlatego, że jego użytkownicy są dość dokładnie infiltrowani przez amerykańskie (i nie tylko) służby specjalne. Skoro można dyskretnie monitorować ważny „ryneczek” nielegalnych interesów i transakcji, to po co sobie zabierać taką możliwość?

O tym, że może to być prawda zdaje się świadczyć porażka kryptowaluty Libra, którą zamierzał wprowadzić do użytku Facebook. Wydawało się, że projekt może się udać, bo zebrała się wokół niego koalicja największych firm finansowych świata. Ale – jakby na komendę – nagle wycofała się Visa, Mastercard i Paypal. Mark Zuckerberg dostał jasny komunikat: „nie pozwolimy, ażebyś montował nam konkurencję dla oficjalnych walut”.

Szef Bank of England uważa, że kryptowaluty mają przyszłość, ale w „kontrolowanej” wersji, zwanej stablecoin. To też kryptowaluty, ale nie „samodzielne”. Lecz takie, które czerpią swoją wartość z wartości innej waluty lub koszyka aktywów. Na przykład takich jak dolar amerykański lub złoto.

Chodzi więc o pieniądze cyfrowe, ale o stabilnej i przewidywalnej wartości rynkowej. Takie, które można mieć – jak bitcoin – w smartfonie, ale ich kurs wymiany do innych form pieniądza jest sztywny. A więc mam kryptowalutę, którą w każdej chwili mogę komuś wysłać, zapłacić nią w sklepie, kupić, albo sprzedać, ale po stałym kursie, np. 1 dolara za jednostkę.

Kryptowaluty „na legalu”. Czy bankowcy zaryzykują?

Odmianą „oficjalnej” cyfrowej waluty mogą być CBDC, cyfrowe pieniądze emitowane przez banki centralne. Czyli po prostu trzecia forma pieniądza – obok elektronicznego (przesyłanego przelewami za pośrednictwem banków) oraz gotówkowego.

Czytaj też: Polska miała mieć „oficjalnego bitcoina”. Cyfrowy złoty na razie jest w sferze marzeń. Jak miałby wyglądać?

Zwolennicy bitcoina twierdzą jednak, że stablecoin lub CBDC nie mają wiele wspólnego z kryptowalutą w swej pierwotnej postaci, a więc zdecentalizowaną. I nie poddającą się regulacjom, dla której „emitentem” i „bankiem centralnym” jest społeczność. Taką, której rejestr wszystkich transakcji jest jawny i przechowywany w wielu miejscach jednocześnie.

Stablecoin to koncepcja, która budzi pewne obawy wśród banków komercyjnych. No bo jeśli ludzie zaczną trzymać pieniądze w cyfrowej postaci – w swoich smartfonach, jako cyfrowy odpowiednik gotówki – to banki przestaną się uginać pod ciężarem depozytów, nie będą mogły płacić za nie 0%, jak dziś.

Tyle, że jeśli nie powstaną „oficjalne” stablecoiny, to ludzie będą parli w kierunku kryptowalut takich jak bitcoin. Skoro przelew bankowy z Polski do Australii idzie cztery dni i kosztuje 90 zł, to dlaczego nie użyć do tego przelewu smartfona i bitcoina? I nie zapłacić kilku złotych prowizji za dostarczenie pieniądza do celu w ciągu sekund?

Poza tym po to, żeby używać kryptowalut nie trzeba mieć rachunku bankowego. Wystarczy cyfrowy portfel. Niejednemu prezesowi banku gorąco się robi na samą myśl, że miałaby powstać forma przechowywania pieniądza niematerialnego, do której nie byłby w ogóle potrzebny bank.

Czytaj więcej o tym: Co ma wspólnego drogi bitcoin z prezesem NBP? Więcej, niż Wam się wydaje. Strategiczna wizja prezesa czy dziwactwo?

Kryptowaluty jako źródło płatności za codzienne zakupy?

Na tle tych wszystkich dylematów rodzi się pytanie: czy bitcoin albo inne kryptowaluty mogą faktycznie zagrozić dolarowi, euro, czy choćby polskiemu złotemu?

Na razie wydaje się to niemożliwe. Do przechowywania oszczędności na długą metę kryptowaluty chyba się nie nadają. Choć banki komercyjne zaczynają oferować usługi bezpiecznych cyfrowych sejfów dla portfeli kryptowalutowych

Do płacenia w internecie nadają się dobrze (choć ich niestabilna wartość utrudnia takie transakcje). A do płacenia w realu w ogóle są nieporęczne. A w każdym razie dużo mniej poręczne, niż zwykłe karty płatnicze, czy to plastikowe, czy włożone do smartfona i używane do płatności mobilnych za pośrednictwem Apple Pay, czy Google Pay.

Owszem, są już karty płatnicze, które pozwalają płacić kryptowalutami (są to de facto cyfrowe kantory wielowalutowe, które szybko przeliczają wartość transakcji z waluty sklepu na kryptowalutę i ściągają klientowi z konta krypto). Używałem takich kart, ale transakcje nie były tak szybkie, jak te realizowane za pośrednictwem Apple Pay.

Płaciłem też kryptowalutą za kawę, za pomocą smartfona, bezpośrednio z kryptowalutowego portfela. I też nie miałem wrażenia, że to najwygodniejsza płatność, jaką mógłbym sobie wymarzyć. Tym niemniej posunięcia takie, jakie zapowiada PayPal, mogą tę sytuację nieco zmienić.

„Wszyscy wiemy, że system finansowy w obecnym kształcie jest przestarzały. Możemy sobie wyobrazić przyszłość, w której transakcje zajmują kilka sekund, a nie dni. Przyszłość, w której operacje są tańsze, a w cyfrowej gospodarce mogą uczestniczyć wszyscy, a nie tylko zamożniejsi. Ponosimy znaczące wydatki na inwestycje w część biznesu odpowiedzialną za obsługę kryptowalut, technologii blockchain i cyfrowych walut. Chcemy kształtować taką bardziej inkluzywną przyszłość”

– powiedział szef PayPala Daniel Schulman (cytat za Bankier.pl). I zapowiedział, że firma rozpocznie proces udostępniania funkcji finansowania zakupów z salda kryptowalut. Staną się one kolejnym źródłem pieniądza po kartach płatniczych, rachunkach bankowych i przedpłaconym saldzie.

Bitcoin i inne kryptowaluty zyskały ważnych sojuszników?

Jeśli kryptowalutowe instytucje będą mogły użyć „pośredników” takich jak PayPal, Visa, czy Mastercard do organizowania płatności (i sieci akceptacji) z jednej strony. Zaś banków komercyjnych do wsparcia w handlu kryptowalutami i ich bezpiecznym przechowywaniu z drugiej strony, to zacznie być ciekawie.

Nic jednak nie wyeliminuje czołowej wady bitcoina jako głównego i najpopularniejszego przedstawiciela kryptowalut „nieoficjalnych” – niestabilności wartości rynkowej oraz ryzyka delegalizacji.

Czy banki centralne podejmą ryzyko wprowadzenia własnych cyfrowych pieniędzy, czyli CBDC? I czy starczy im siły do zablokowania kryptowalut, które zapewne prędzej czy później spróbują stworzyć cyfrowi giganci, tacy jak Facebook, czy Google. O ile oczywiście wcześniej nie zostaną osłabieni lub podzieleni na podstawie postępować antymonopolowych.

zdjęcie tytułowe: Eftakher Allam/Unsplash

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ilod
Ilod
12 dni temu

Zdjęcie newsa dałeś ciekawe. Ktoś projektuje stronę o krypto w Sketchu 😉

Najnowsze wpisy naszych autorów Wszyscy autorzy
Przyszłość jest tutaj

Podaj swój adres email i odbieraj najświeższe informacje o nowych technologiach i nie tylko.

email-iconfacebooktwitteryoutubelinkedin instagram whatsup