Partner serwisu

Diuna. Czy ekranizacja wielkiego dzieła Franka Herberta się udała?

Na ekrany weszła „Diuna” w reżyserii Denisa Villeneuve. Czekając na nią byliśmy karmieni zwiastunami i muzyką Pink Floyd w aranżacji Hansa Zimmera, co podgrzało atmosferę oczekiwania do czerwoności.

Dlatego rzuciłam się na „Diunę” przy pierwszej sposobności, czyli pierwszego dnia. I było warto. I pewnie jeszcze kilka razy będzie warto, bo mam zamiar wybrać się do kina jeszcze nie raz. Żeby nacieszyć się spektaklem, w którym cenię atmosferę oraz piękno wielu scen i detali.

Zobacz również:

Film został nakręcony z wielkim rozmachem. A jednocześnie jest bardzo oszczędny w środkach, będąc przemyślanym odzwierciedleniem literackiego oryginału. Chociaż nie wiem, czy określenie „oszczędny” jest tu najlepsze. Bardziej trafna byłaby chyba „elegancja”, która połączona ze stonowaną kolorystyką, dbałością o każdy szczegół, przepięknymi ujęciami i niesamowitą muzyką tworzą całość, której nie jestem w stanie zapomnieć.

Ale po kolei

Atrydzi, Harkonnenowie, Bene Gesserit, Nawigatorzy Kosmiczni, Gildia i Imperator.

Ekonomia, władza i polityka.

Arrakis – Diuna – Pustynna Planeta.

I w końcu Fremeni, pustynia i gigantyczne czerwie. Oraz przyprawa (lub, w innej wersji, melanż), która przedłuża życie, pozwala nawigatorom zakrzywiać czasoprzestrzeń i sprowadza wizje. Substancja tak cenna, że niewielka jej ilość pozwala kupić całą planetę.

Frank Herbert spędził sześć lat zbierając materiały i pisząc „Diunę”. Stworzył w niej świat, w którym wielkie rody zarządzają planetami, nie używa się zaawansowanej technologii, za to korzysta z usług uwarunkowanych, a przez to bezwzględnie lojalnych, ludzkich komputerów – mentatów. Polityka i krzyżujące się interesy tworzą tu fascynujące tło dla wielowarstwowych intryg, niezwykłych umiejętności będących wynikiem drobiazgowego szkolenia i ocierających się o magię zdolności zakonu Bene Gesserit.

To zdumiewające uniwersum, które fani twórczości Franka Herberta pokochali całym sercem i dlatego od dawna czekali na godną ekranizację sagi. A z tą nie było łatwo, chociaż przymierzali się do niej wielcy twórcy kina.

Alejandro Jodorowsky namówił do współpracy naprawdę niesamowitych artystów: Chrisa Fossa, H.R. Gigera, późniejszego twórcę ksenomorfa z Obcego, Jeana Girauda, a także scenarzystę i specjalistę od efektów specjalnych Dana O’Bannona, autora pierwowzoru i scenarzystę Obcego. Barona Harkonnena miał zagrać Orson Welles, a w obsadzie znaleźli się Gloria Swanson, David Carradine, a także… Mick Jagger i Salvador Dali. Ścieżkę dźwiękowa do filmu miał nagrać Pink Floyd. Zapowiadało się naprawdę ciekawie i wielka szkoda, że nie wyszło.

Ukłonem w stronę tego projektu jest zresztą jeden ze zwiastunów filmu Villeneuve’a, w którym Hans Zimmer wykorzystał muzykę Pink Floyd

Kolejne podejście i pierwsza adaptacja „Diuny”, która ujrzała światło dziennie w 1984 roku wyszła spod ręki samego Davida Lynch’a, który – mając do dyspozycji środki techniczne dostępne w latach 80. – zrobił naprawdę niezły film. Uważany zresztą przez lata za kultowy. Ale chyba głównie z powodu braku konkurencji.

Diuna Denisa Villeneuve’a

Jest filmem monumentalnym, w którym świat wykreowany przez Franka Herberta pokazany został na ogromnych planach zdjęciowych Patrice’a Vermette’a, przepięknie sfilmowany przez Greiga Frasera i połączony z muzyką Hansa Zimmera oraz dostępnymi obecnie możliwościami technicznymi.

Film opowiadany jest nieśpiesznie. W niczym nie przypomina produkcji Marvela, w których kolejne efektowne pościgi przeplatane są mniej lub bardziej ciętym dialogami. W „Diunie” Villeneuve’a czas przesypuje się powoli, ale nieubłaganie. Jak pustynny piasek. Dając widzowi czas na zanurzenie się i  uważne śledzenie opowieści, w której młyny imperialnej historii mielą bohaterów.

Opowieści, w której książę Leto (Oscar Isaac) z potężnego rodu Atrydów otrzymuje w lenno Arrakis, jedyne we wszechświecie źródło melanżu – potężnego narkotyku znanego również przyprawą. Planeta i związane z nią gigantyczne zyski zostaje odebrana bezwzględnym Harkonennom i przekazana Atrydom. I tak  Paul (Timothée Chalamet) oraz konkubina księcia Leto, Lady Jessica (Rebecca Ferguson), opuszczają Kaladan i przenoszą się na Diunę. Ich śladem podążają zaprawiony w bojach Gurney Halleck (Josh Brolin) i oddany Atrydom Duncan Idaho (Jason Mamoa).

To początek historii, w którą zabierają nas Frank Herbert i Denis Villeneuve. Historii wysmakowanej, trochę mrocznej i zdecydowanie porywającej. Jednak obszerna adaptacja, napisana przez Villeneuve’a wspólnie z Ericiem Rothem (Narodziny gwiazdy) i Jonem Spaihtsem (Doktor Strange), ledwie pozwala poznać Arrakis i Fremenów, uciskaną rdzenną ludność Diuny, której przedstawicielami są Chani (Zendaya) i Stilgar (Javier Bard). Z powodu nieustannego kontaktu z przyprawą ich oczy są jasnoniebieskie – błękitne w błękicie. I to oni walczą o swoją planetę i jej przyszłość.

W historii opowiadającej o władzy, lojalności i zdradzie wątki prywatne przeplatają się nieustannie z wielką polityką, która zmusza Atrydów do zmierzenia się z rodem Harkonnenów. Ohydny, ślimakopodobny baron Vladimir Harkonnen (Stellan Skarsgard) jest psychopatycznym antagonistą szlachetnego Leto Atrydy. Przypomina po części Jabbę Hutt oraz pułkownika Kurtza z Czasu Apokalipsy planując upadek Leto i jego rodu w brutalnym i krwawym zamachu.

Paul Atryda

To dlatego młody Paul Atryda (Timothée Chalamet) musi szybko dorosnąć i zostać godnym następcą ojca. A nie jest to łatwa droga. Już na jej początku przypominająca czarownicę prawdomówczyni Bene Gesserit (Charlotte Rampling) poddaje Paula testowi nakazując włożyć mu rękę do niewinnie wyglądającej skrzynki. Tam czeka na niego ból. A jeśli nie przejdzie próby – śmierć.

Diuna, Gom Jabbar
Warner Bros. Pictures/Legendary Pictures

I choć sama fabuła „Diuny”, nakreślona przez Franka Herberta, jest niezwykle wciągająca, to świat stworzony przez Villeneuve’a po prostu oszałamia. Wizję Herberta ożywiają nieprawdopodobne kostiumy, scenografia i efekty techniczne. Od filtrfraków, czyli kombinezonów używanych na pustyni do odzyskiwania wilgoci z ciała i helikoptery z łopatami wirnika trzepoczącymi jak skrzydła ważki, po monumentalne statki kosmiczne i olbrzymie konstrukcje nawigatorów kosmicznych tworzące obraz, w którym można się całkowicie zatracić.

Dlatego po cichu modlę się, aby Villeneuve otrzymał szansę kontynuowania historii, ponieważ jego „Diuna” jest adaptacją, na którą czekałam całe lata. I dlatego wypowiadane przez Chani pod koniec filmu zdanie: „To dopiero początek”, daje mi nadzieję na kontynuację tego nieprawdopodobnego projektu. A będę czekać na kolejne fragmenty sagi Herberta opowiedzianej przez Denisa Villeneuve i jego ekipę z niecierpliwością i utęsknieniem.

Czytaj też: Dlaczego przeraża mnie „Squid Game”

Zdjęcie tytułowe: Warner Bros. Pictures/Legendary Pictures

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Jerzmanowska
Jerzmanowska
8 miesięcy temu

Byłam ciekawa, czy warto 🙂 Trzeba będzie się wybrać…

Andrzej G.
Andrzej G.
8 miesięcy temu

Dla mnie Diuna Villeneuve’a pokazuje klimat Diuny genialnie i genialnie uzupelnia to co pominą Herbert. Przykladem jest tu fanatyzm Sardukar’ów i scena na Salusa Secondus, krótka a nadaje imperatorowi i jego armii pełnego opisu. Brakuje trochę glębi charaktury którą uchwycił Herbert ale to tylko dlatego, że jest prawie niemożliwe na ekranie oddać to co myśli postać. Za to gra emocjami, mimika (zwlaszcza sency z Rebecca Ferguson) są fantaystyczne. O samej kracji świata nie da sie pisać, to trzeba zobaczyć. Bardzo, bardzo polecam!

Andrzej G.
Andrzej G.
8 miesięcy temu
Reply to  Monika Krupska

Oby udało się zrealizować kilka książek z sagi.

Daniel
Daniel
8 miesięcy temu

Jest tylko jedno ale do tego filmu, szkoda że jest tak krótki 😉

Last edited 8 miesięcy temu by Daniel
Najnowsze wpisy naszych autorów Wszyscy autorzy
Przyszłość jest tutaj

Podaj swój adres email i odbieraj najświeższe informacje o nowych technologiach i nie tylko.

email-iconfacebooktwitteryoutubelinkedin instagram whatsup
Skip to content