Partner serwisu

Mój Internet jest lepszy niż Twój! Czym jest bańka informacyjna i jak działa algorytm Instagrama? Wyjaśniamy!

Bańka informacyjna – żyjemy w niej. Lubimy ludzi o podobnych poglądach. Z natury lepiej dogadujemy się z kimś, kto rozumie nasze oburzenie na polityków, czy obawy związane z sytuacją imigrantów. Mogłoby się nam wydawać, że Internet jest wolnym od baniek miejscem. W końcu codziennie widzimy treści z całego świata, czytamy artykuły i komentujemy zdjęcia ludzi, których nigdy do naszych „baniek” byśmy nie zaprosili… Zwłaszcza bezkrytycznie patrzymy na wyszukiwarki i media społecznościowe. Czy to aby na pewno dobre podejście?

Choć potocznie o bańkach informacyjnych mówimy w szerokim kontekście – określając otoczenie, w jakim lubimy przebywać – to termin ten ściśle wiąże się z Internetem. Wymyślił go internetowy aktywista, Elie Pariser i przedstawił w swojej książce z 2011 roku „The filter bubble: what the Internet is hiding from you?”. Temat baniek informacyjnych (lub filtrujących) okazał się na tyle chwytliwe, że pojęcie to wdarło się do naszego codziennego słownika.

Zobacz również:

Czym właściwie jest bańka informacyjna?

Wyobraź sobie, że wpisujesz zapytanie w ogólnodostępną wyszukiwarkę – na przykład wyszukiwarkę od Google’a. I to samo zapytanie wpisuje twój znajomy, ktoś, kto wyznaje inną religię, ma inny gust lub preferencje seksualne. Zakładamy, że wyniki otrzymane zarówno przez ciebie, jak i twojego kolegę, będą identyczne – w końcu oboje użyliście popularnej internetowej wyszukiwarki. A jednak założenie to jest błędne, bowiem algorytm stojący za wyszukiwarką dopasowuje wyniki tak, by jak najlepiej wpasować się w wasze indywidualne preferencje. O ile szukacie przepisu na zupę ogórkową, różnice nie będą znaczące dla waszej znajomości. Jeśli jednak zdecydujecie się zweryfikować poglądy dotyczące jakiejś kontrowersyjnej sytuacji, na przykład małżeństw wśród osób homoseksualnych, mogą różnić się do tego stopnia, że każdy z was uzna, że tylko on ma rację. A to właśnie prowadzi do konfliktów i rozwarstwiania społeczeństwa.

Skąd Google wie, która bańka informacyjna jest moja?

Nie tylko Google, ale też inne wyszukiwarki, przeglądarki, a nawet media społecznościowe, doskonale wiedzą, co cię kręci, nęci i podnieca. Odruchowo klikając „akceptuję ciasteczka” sprzedajesz szereg danych na swój temat (więcej o ciasteczkach pisaliśmy w artykule „Akceptujesz pliki cookies? Oddajesz więcej niż myślisz”). Duże firmy, takie jak Google, Facebook i tak dalej, przetwarzają te dane. Po co? W teorii: by dostarczyć ci jak najbardziej spersonalizowane treści. W praktyce: by je wykorzystywać do uczenia swoich algorytmów, a czasem nawet sprzedawać… Bo w dwudziestym pierwszym wieku to właśnie informacje mają największą wartość.

Algorytm Instagrama (nie)prawdę ci powie

Problem dotyczy znaczącej części Internetu, także mediów społecznościowych, w tym Instagrama. Wielu z nas ma świadomość, że to, co wyświetla się nam na „feedzie” i w zakładce „odkryj” to zdjęcia dobrane przez algorytm, na bazie klikanych przez nas najczęściej treści. To dość powszechna wiedza, a każdy, kto przynajmniej raz w życiu wpadł w szał radosnego klikania zdjęć z danym hashtagiem (zdarza mi się to wielokrotnie, gdy zafascynuję się nowym trendem w manicure albo postacią filmową), widział, jak szybko jego „feed” dostosowuje się do nowych upodobań. Im więcej informacji dostarczamy, tym algorytmy chętniej dopasowują treść nam wyświetlaną. Ale nie tylko „feed” jest personalizowany…

Bańka informacyjna w wyszukiwarce Instagrama

Wyszukiwarka Instagrama wepchnie cię w kolejną bańkę informacyjną i nawet się nie zdążysz zorientować. W artykule, opublikowanym na oficjalnym blogu, zaledwie kilka dni temu, Adam Mosseri, właściciel Instagrama, szczegółowo wyjaśnia, jak działa wyszukiwarka w tej popularnej aplikacji. Okazuje się, że jest ona równie podatna na manipulacje, co wiele innych popularnych wyszukiwarek!

Wyszukiwarka Instagrama priorytetowo traktuje tekst, który do niej wpiszemy. Na podstawie nazw użytkowników, biografi, opisów, hashtagów i miejsc próbuje dopasować wyniki wyszukiwania. Brzmi niewinnie? Tak by było, gdyby nie drugi brany pod uwagę czynnik – twoja aktywność na portalu. Wyszukiwarka „wie” kogo obserwujesz, jakie posty polubiłeś i z kim wchodziłeś w internetowe interakcje. Z zasady wyniki wyszukiwania powiązane z twoimi działaniami umieszcza wyżej, niż te, z którymi dotychczas nie miałeś interakcji. Oznacza to, że wyniki dopasowywane są do tego, co robiłeś i – tak! – kolejna bańka informacyjna zbudowana!

A to nie koniec czynników, które algorytm bierze pod uwagę. Jest jeszcze jeden aspekt: popularność danego posta bądź osoby, liczba polubień, komentarzy i interakcji. Osoby już popularne w Internecie dzięki temu zyskują dodatkową promocję, a ci z nas, którzy prowadzą małe konta, muszą szukać sposobów na złamanie algorytmu…

Dlaczego to jest takie niebezpieczne?

Jesteśmy dorośli i z założenia wiemy, co dla nas dobre. Jednak coraz więcej mówi się o negatywnych skutkach mediów społecznościowych i ich wpływie na postrzeganie przez nas otoczenia. Nadmiar idealnych ciał, żyć, wiecznych wakacji i widocznego bogactwa wpędza nas w kompleksy. Otaczając się treścią poświęconą pracy, łatwo możemy wpaść w niezdrowe nawyki prowadzące do pracoholizmu. A jeśli naszą pasją jest polityka, łatwo od osoby o umiarkowanych poglądach przejść do roli radykała.

I tak, to się dzieje nieustannie!

Problem wpływu mediów społecznościowych na nasz mózg i na mózgi nastolatków świetnie zarysowano w dokumencie „Social dilemma”. Przedstawia on stanowiska pracowników z Doliny Krzemowej. Twórcom dokumentu udało się dotrzeć do wynalazcy przycisku „lubię to” i spytać autorów algorytmów wyszukiwarek o ich etyczność. Wnioski nie są optymistyczne, a niech dowodem będzie stwierdzenie, że jedna z osób związanych z popularną platformą mówi wprost, że nie pozwala swoim dzieciom korzystać z mediów społecznościowych.

To tylko jeden klik!

Chciałoby się powiedzieć, że przecież jedno polubienie nie może tak znacząco zmienić wyświetlanych nam treści. Jedno nie, ale dwa już tak. Na łamach „The Guardian” opublikowane zostały wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie fundacji 5Rights. W jego ramach badacze z Revealing Reality sprawdzali, jak łatwo wokół nastolatka może narosnąć bańka informacyjna dotycząca odchudzania. Okazało się, że wystarczyły dwie interakcje z treściami dotyczącymi odchudzania, by „feed” wypełnił się zawartością na temat diet i rzeźbienia sylwetki. Co więcej, nastolatki biorące udział w badaniu, dzięki tym reakcjom częściej oglądały zdjęcia osób o wyraźnie edytowanych w programach graficznych ciałach. O ile badacze dostrzegli te modyfikacje, o tyle zwykły użytkownik, który poświęca ułamki sekund jednemu zdjęciu na „feedzie”, na pewno nie zastanowi się, czy ta trenerka o idealnej sylwetce nie ściemnia. A to prowadzi do kompleksów i problemów z samoakceptacją.

Czy algorytmy to czyste zło?

Algorytmy tworzą ludzie, a demonizowanie Instagrama i innych mediów społecznościowych do niczego nie prowadzi. Żyjemy w świecie, w którym zamiast sięgać po książkę na półce biblioteki – wpisujemy hasło w popularną wyszukiwarkę. Media społecznościowe pomagają nam kreować wizerunek, nie tylko ten prywatny, ale też zawodowy. Sama lubię z nich korzystać, a demonizowanie „społecznościówek” uważam za przesadę. Internet tak teraz wygląda i to się raczej nie zmieni – musi się zmienić nasze podejście do niego. Bo algorytmy tworzą ludzie, na potrzeby… ludzi. I sztucznej inteligencji, oczywiście, ale to odrębny temat.

Jak możemy się bronić?

Ze względu na powyższe, tak ważne jest, by uświadamiać młodzież i dzieci o szkodliwym wpływie nadmiaru Internetu. Przypominajmy, że Internet to nie jedyne źródło informacji, a przekazywane online dane powinny być tak samo chronione, jak noszony w kieszeni portfel. Otaczajmy się różnorodną treścią, czasem celowo zupełnie zmieniając temat naszych poszukiwań w mediach społecznościowych, by wprowadzić większą różnorodność na swoich tablicach. Uczmy tego dzieci. I pokazujmy, że jeśli czegoś nie wiemy – w sieci są wysokojakościowe źródła informacji, na przykład oficjalna encyklopedia PWN. Może dzięki temu unikniemy problemów, z których żarty z zeszytów szkolnych o pomylonych pojęciach z Wikipedii będą najmniejszymi z nich…

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Jan
Jan
7 miesięcy temu

Hmm. Artykuł jest tendencyjny :).

Wiadomym jest przecież, że „lubimy to, co znamy” – nawet jak z początku nie lubimy, to polubimy (mając regularną ekspozycję na coś, co nie jest dla nas nirzepyjazne – badania Zajonca).

Alastor Moody mawiał, że nie można ufać czemuś, jeśli nie wiemy gdzie ma mózg. W Internecie mamy (tak!) „bezmózgie” strony (wszystko to, co ma listę sortowaną chronologicznie – liniowe serwisy; fora, nawet i Youtube jeśli wejdziemy w „subskrypcje”, a nie przez stronę główną) i takie z algorytmami.
„Algorytmy” można powiedzieć odpowiadają trochę telewizji – też mamy przekaz na który bezpośrednio nie wpływamy. Jeśli nam się coś nie podoba, to można zmienić „kanał”. W Internecie można to lepiej moderować, np. wyciszając niektórych twórców.

Że w Internecie te mechanizmy są „bardziej”? Prawda.
Warto czasami „stanąć z boku” i zastanowić się czy nam to pasuje. I taki dla mnie byłby główny wniosek, bez dyskusyjnych tez z artykułu o „szkodliwym wpływie nadmiaru Internetu”.
No bo, czy elektryczność w nadmiarze też szkodzi? (chyba że doustnie…)

Maciek Samcik
Editor
6 miesięcy temu
Reply to  Jan

Nie tendencyjny tylko subiektywny ;-). I tak ma być, kurna!

Najnowsze wpisy naszych autorów Wszyscy autorzy
Przyszłość jest tutaj

Podaj swój adres email i odbieraj najświeższe informacje o nowych technologiach i nie tylko.

email-iconfacebooktwitteryoutubelinkedin instagram whatsup
Skip to content