Kina, teatry i muzea teraz tylko w wersji online. Czy w realu jeszcze do nich wrócimy?

Od soboty teatry, kina, muzea, galerie i wszystkie inne instytucje kultury znów będą zamknięte. Spektakle, filmy i wystawy będą dostępne w sieci. Jednak czy doświadczanie kultury poprzez ekran komputera ma w ogóle sens? 

„Do kina czy na film?”. Jeśli to drugie, to wiadomo, że chodzi o obejrzenie filmu, kinofilską przygodę. Jeśli to pierwsze, to sytuacja jest bardziej zniuansowana. Film jest jakby pretekstem, tłem towarzyskiego spotkania. Wyjście do kina –  czy na randkę, czy z paczką znajomych – to doświadczenie społeczne. W końcu film nie opowiedziany, to film nie do końca obejrzany. To samo dotyczy książki, spektaklu, wystawy. O ile czytanie to doświadczenie z natury intymne, domowe, to „konsumowanie” filmów, spektakli, wystaw samemu, w domowym zaciszu jest raczej erzacem prawdziwego doświadczenia. 

Zobacz również:

Kultury nie da się w pełni przenieść do sieci. Dlaczego? Odpowiadam dalej. 

Jak to było na wiosnę

Przy okazji wiosennego lockdownu na łamach Tygodnika Przegląd pisałem o zwiedzaniu rodzimych i światowych galerii online. W marcu i kwietniu zwiedziałem, nie wychodząc domu, Luwr, MoMA, British Museum, Van Gogh Museum w Amsterdamie. Metodą Street View, dzięki programowi Google Arts & Culture.

W trakcie wiosennej izolacji technologiczny gigant zaprosił do współpracy ponad 500 galerii sztuki i muzeów z całego świata. W projekcie Google’a wzięły też udział 32 instytucje z naszego kraju, takie jak Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie, Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku czy Muzeum Narodowe w Krakowie. 

Owszem było to ciekawe doświadczenie, ale mając do wyboru oglądanie Mony Lisy na żywo albo przez smartfon, wolałbym to pierwsze. Szczerze mówiąc: takie podziwianie malarstwa to jak lizanie lizaka przez papierek. Może i podobnie jak w rzeczywistości, ale kompletnie bez smaku. 

To samo z teatrem. W czasie lockdownu obejrzałem m.in. głośny spektakl Rückkehr nach Reims (Powrót do Reims), w reżyserii Thomasa Ostermeiera ze sceny berlińskiej Schaubühne. Owszem, adaptacja dzieła Didiera Eribona podobała mi się. Jednak wciąż miałem wrażenie, że oglądam Teatr Telewizji. Tak, bliżej temu było do telewizji, Netfliksa, YouTube’a. Chociaż na scenie wystąpiła wybitna niemiecka aktorka, znana szerzej z amerykańskiego serialu politycznego Homeland, nie czułem tej właściwej teatrowi ekspresji. Nie miałem wrażenie, że sztuka stwarza się tu i teraz. Rodzi się każdym geście i słowie aktorki. 

Mówią o tym sami aktorzy.

Czego technologia nie przeniesie?

– Teatr ma sens, jeśli angażuje widza. W taki spektakl, czy też wydarzenie widz musi być zaangażowany w sposób czynny, musi być uczestnikiem, a nie obserwatorem – opowiada Aleksandar Milićević współpracujący z teatrem TR w Warszawie, znany też z retro kryminału „Czarny Mercedes”.

Zdaniem Aleksandara stworzenie takiego teatru jest trudne i wymaga od twórców oryginalnego pomysłu. Tak było podczas wiosennego lockdownu w TR Warszawa. 

– Streamowaliśmy na żywo m.in. spektakl „R.I.P. KORE”. Ten spektakl polegał, w warstwie, nazwijmy to, prób, nad stworzeniem i „utrzymywaniem” postaci ze spektaklu w mediach społecznościowych. Każdy z aktorów tworzył alter ego na Instagramie, Facebooku i wchodził w interakcje z prawdziwymi uczestnikami. Ta część pracy była niezwykle inspirująca: praca w domu nad postacią to zawsze ważny element tworzenia spektaklu. I też taka praca z wykorzystaniem Internetu to było coś bardzo ciekawego. Natomiast sam spektakl, czyli stream, był chyba mało czytelny i angażujący dla widza. Wynikało to z ograniczeń technicznych i specyfiki sceny, którą był Zoom. Przez to, że postaci było kilkanaście i ich kwestie często na siebie nachodziły, panował czasem mało zrozumiały dla widza chaos – wyjaśnia Milićević.

Eksperymentalne spektakle TR Warszawa to jednak wyjątek. Teatry, jeśli już streamowały spektakle, to raczej w tradycyjnej formie przekazu jednokierunkowego. Dla części aktorów gra przez pustą widownią, tylko przed okiem kamery to zaprzeczenie idei teatru, jaką jest żywe spotkanie z widzem. 

–  Przed pandemią zwykle chodziłem do teatru co dwa, trzy tygodnie. Jest to dosyć często jak na polskie warunki, ale dla mnie każde wyjście było małym świętem. Zawsze podobało się mi, że większość widzów w teatrze jest elegancko ubranych. Panie w wieczorowych sukniach, panowie w koszulach i marynarkach. Lubiłem ten cały anturaż. Kiedy spektakle przeniosły się do sieci, po kilku podejściach, odpuściłem sobie. Dla mnie teatr to coś dużo więcej, niż tylko to, co na scenie – opowiada Michał, student kulturoznawstwa, miłośnik teatru. – Technologia tej całej magii nie przeniesie – komentuje. 

Kino, czyli kwestia magii

Bo istotą kina, tak jak i teatru, jest ta specyficzna atmosfera. Niezależnie czy idziemy oglądać film, czy na randkę. Streaming na dłuższą metę nie zastąpi seansu kinowego. Tego zdania są widzowie i eksperci. 

– Seanse kinowe musiały przenieść się do internetu, ale chyba nikt poważny nie myśli o tej sytuacji jako o nowej normie. Brakuje jej tego, co zawsze było kwintesencją nie tylko festiwali, ale kina w ogóle: wyłączenia z normalnego porządku życia i wejścia w czas świąteczny, w swego rodzaju karnawał, kiedy to – w biały dzień i w ciągu typowego tygodnia roboczego – uczestniczy się w rzeczach niecodziennych. W kinie oraz poza jego murami, kiedy film staje w centrum rozmów, dyskusji i libacji – wyjaśnia Marcin Stachowicz, krytyk filmowy, związany z Dwutygodnikiem i Filmwebem. 

O poczuciu wspólnoty mówią także kinomani, z którymi rozmawiam. Wszyscy podkreślają, że poza czynnikami technologicznymi – większy ekran, lepsze nagłośnienie, wygodne fotele – to kwestia atmosfery, czy bardziej romantycznie rzecz ujmując, magii ma znaczenie. 

– Technologia nie zastąpi nigdy festiwalowej atmosfery, nawet gdybyśmy się połączyli wszyscy na teamsach, to i tak to nie zastąpi tradycyjnego siedzenia łokieć łokieć z sobą, hektolitrów kawy, szybkich przerw pomiędzy seansami – opowiada Marta, uczestniczka festiwalu Nowe Horyzonty odbywającego się właśnie online. 

Marzenia a model biznesowy

Może się wydawać, że streaming, czy to filmów, czy spektakli teatralnych, to tylko dziejowa konieczność. Może się wydawać, że teatr, kino, muzeum jako miejsce spotkań, celebracji, musi przetrwać. 

– Streaming, oglądanie filmów czy spektakli w tych samych przestrzeniach, w których śpimy, jemy i załatwiamy tysiące zwykłych spraw, nigdy nie będzie alternatywą dla tego rodzaju doświadczenia. Może się rozwijać obok niego, jako odrębna praktyka, lecz nigdy zamiast niego – komentuje Marcin Stachowicz, krytyk filmowy, związany z Dwutygodnikiem i Filmwebem. 

Kinofilka Ania podkreśla, że tylko w przestrzeni przeznaczonej do konsumpcji kultury jesteśmy w stanie w pełni ją konsumować. 

–  W przypadku kina chodzi przede wszystkim o koncentrację, którą daje ciemna sala kinowa. Oglądając film w domu, rzadko jestem w stanie skupić się w 100% i utrzymać tę uwagę przez półtorej godziny albo dłużej. Tylko w kinie jestem w stanie obejrzeć bez żadnych niedogodności 3-godzinny film lub jakieś trudne w odbiorze dzieło. Kino to sztuka i warto z nią obcować w warunkach do tego przeznaczonych – opowiada Ania. 

Marzenia miłośników sztuki muszą się jednak zderzyć z rzeczywistością biznesową. Kino może się po prostu nie podnieść po pandemii. Wówczas widzowie nie będą mieli wyboru. Rynek jest bezlitosny. Czy znamy takie przykłady z historii? Oczywiście, to chociażby opowieść o kinach studyjnych, które przegrały walkę z multipleksami. Tak jak Relax przegrał z Multikinem, tak Multikino przegra z Amazon Prime czy Netfliksem.

Kino po apokalipsie 

– Musimy się zastanowić czy kino tradycyjne przetrwa i w jakiej formie. Firma AMC Entertainment Holdings, największy operator kinowy na świecie kilka dni temu poinformowała, że prawdopodobnie do końca roku skończą jej się pieniądze. To perspektywa upadku wielu kin. Nawet jeśli pandemia się skończy, pozostaje pytanie, czy będzie do czego wracać – mówił podczas debaty „Kina i online. Przelotny romans czy stały związek? Debata Interfilmlab 4.0” Tomasz Jagiełło, prezes sieci Helios.

Kino to specyficzna branża. Nie da się otworzyć kin z dnia na dzień. Najpierw trzeba zamówić film, przygotować kampanię promocyjną, a do tego potrzeba tygodni. 

Upadłych, zamkniętych miesiącami kin nie będzie na stać. Skorzystają na tym platformy streamingowe, które akurat teraz mają złote żniwa. 

To, czego ad hoc nie zrobi kino, nawet te sieciowe, sprawnie zrobi platforma streamingowa. Być może w przyszłości, tuż po pandemii kina będą niszowymi ośrodkami tylko dla rzadkich, ekskluzywnych, promocyjnych pokazów. Masowe oglądanie pozostanie w sieci. 

O takiej możliwości w trakcie wspomnianej debaty mówił dr hab. Marcin Adamczak filmoznawca z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

– Widzimy, że pojawia się era nowego domatorstwa. Przyzwyczajamy się, że wiele rzeczy możemy robić online. Jeśli izolacja potrwa dłużej, to być może przyzwyczaimy się, że streaming jest tą główną formą konsumpcji filmów – zauważa filmoznawca. 

O jak łatwo wpaść w uzależnienie od Netfliksa pisała na naszych łamach Natalia w swoim tekście „Netflix cię rozrywa? Uważaj na binge-watching”, do którego odsyłam.

I Netflix w raju

Czy na pewno streaming będzie rządził? Gdyby to zależało od samych konsumentów to raczej nie. 

Dziś całe życie przenieśliśmy do sieci. Ale przez spotkania online nie są dla nas naturalne. Tak samo siedzenie w maseczkach. Wybraliśmy w tym roku Mazury na wakacje, ale to nie znaczy, że już nigdy nie pojedziemy na Kretę? To, że dziś gotujemy w domu, nie musi oznaczać, że zapomnimy o przyjemności, jaką jest wyjście do restauracji. 

Za kulturą tęsknimy tak jak za sportem. Ktoś mógłby powiedzieć, że i tak mecze piłkarskie dużo więcej osób ogląda przed telewizorem niż na stadionie. Ale nie wynika to z tego, że z kanapy lepiej śledzi się rozgrywki Ligi Mistrzów. Po prostu stadiony mają swoje ograniczenia geograficzne i pojemnościowe. 

A może technologia nie jest doskonała?

Uczestnictwo w kulturze z domowego zacisza jest tylko namiastką prawdziwego spotkania z filmem, sceną, eksponatem. Brakuje bardziej zmysłowych doświadczeń, głębi, magii – jak to mówią kulturalni konsumenci. A może technologia jest niedostateczna. Może rozwój wirtualnej rzeczywistości sprawi, że jednak konsumpcja kultury online będzie głębsza, bardziej zmysłowa?

Szczerze w to wątpię. Bo jednak chyba nie o to technologię chodzi. Dekadę temu popularne było tzw. kino 3D. Podziwialiśmy w kinie Avatara w tej technologii. Producenci telewizorów próbowali przenieść tę modę na małe ekrany. Po kilku latach ostrej promocji czar prysł. Nie przekonaliśmy się do magii 3D. 

Chyba to te staromodne banały chodzi. O zapach popcornu w kinie, o te irytujące, ale naturalne rozmowy przed seansem. Może kochamy te małe święta. To poczucie zerwania z codziennością, gdy w starannie wyprasowanej koszuli meldujemy się w teatralnym foyer. Te dwie, trzy minuty jeden na jeden z ulubionym dziełem sztuki. Tego nie da się zdigitalizować. Póki co. 

Postscriptum

Kultura to ogromna, piękna i jedyna możliwa strefa porozumiewania się między ludźmi, niekończący się proces opowiadania sobie świata. Włożenie kultury do świata popytu i podaży, ujęcie go w sztywne excelowe tabelki, zabija tę nić porozumienia. Kultura – od lat gnojona przez władzę i kapitalizm – dziś dobijana jest przez lockdown.

W tym roku frekwencja w kinach spadła o 89%, wypożyczyliśmy prawie 1/3 mniej ksiażek, zamknięto już blisko 200 księgarń, kupiliśmy prawie o połowę mniej płyt polskich muzyków.

Na koniec więc dodam: w tym trudnym czasie nie zapominajcie o ulubionych kinach, teatrach. Odwiedźcie ulubioną, małą księgarnie. Kina, teatry, galerie; artyści, autorzy, aktorzy nie przetrwają bez was.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Najnowsze wpisy naszych autorów Wszyscy autorzy
Przyszłość jest tutaj

Podaj swój adres email i odbieraj najświeższe informacje o nowych technologiach i nie tylko.

email-iconfacebooktwitteryoutubelinkedin instagram whatsup