Partner serwisu

Facebook walczy z dezinformacją? Raczej z prawdą

Przyzwyczailiśmy się już, że dla Big Techu jesteśmy tylko biomasą, bezpłatną siłą roboczą i źródłem danych. Opisana przez brytyjski dziennik Guardian historia Sophie Zhang pokazuje, że Facebook dba głównie o interes własny, zarządu i udziałowców. Walczy z dezinformacją, ale, tylko gdy to się opłaca.

Można by wzruszyć ramiona i powiedzieć, że w końcu to biznes jak każdy. Liczy się zysk, a nie idea. No nie do końca. W końcu nie chodzi o rynkowe zagrywki, tabelki w excelu, popyt, podaż, ale o demokrację, a szerzej o prawa człowieka, podstawowe wolności i zwyczajnie godne życie.

Zobacz również:

Ktoś mógłby nawinie przypuszczać, że jest inaczej. W styczniu Facebook, a wraz z nim Twitter, zablokowali konta Donalda Trumpa. Część publicystów odetchnęła a z ulgą, ale zdecydowana większość – i to także tych, którzy byli przeciwni jego prezydenturze –  nie oceniła tego działania pozytywnie. No bo jak to? Facebook może ręcznie sterować polityką? To Facebook będzie decydował (nawet jeśli w imię szczytnych celów) co można mówić, pisać a co nie? To prywatna korporacja będzie ostateczną instancją demokracji? Można by wzruszyć ramionami i powiedzieć, że w końcu to biznes jak każdy. Prywatna firma ma prawo mieć wewnętrzny, prywatny regulamin. Tyle że Facebook jest zbyt duży, by sobie tak poczynać.

Siłą Facebooka i Google jest dominujący obecnie paradygmat ekonomiczny. Święty wolny rynek. Brak odpowiednich regulacji, przekonanie, że nie można zatrzymywać rozwoju firm, sprawił, że dziś ledwie pięć czy sześć firm technologicznych (Google-Amazon-Apple-Facebook-Tencent-Alibaba) skupia większość władzy nad Internetem. Internetem, w którym dziś jest pierwszym miejscem do robienia polityki. Taki Facebook, posiadający blisko 3 miliardy użytkowników jest jednym z najważniejszych środków komunikacji na świecie i jako taki odgrywa ogromną rolę w życiu politycznym wielu państw.

Historia Sophie Zhang w „Guardianie”.

Korporacja Facebook. Historia Sophie Zhang

Brytyjski dziennik Guardian opisał szeroko historię młodej badaczki danych Sophie Zhang. Została ona zatrudniona w Facebooku w styczniu 2018 roku i dołączyła do zespołu zajmującego się manipulacjami. W sierpniu zeszłego roku została zwolniona. Decyzję tłumaczono słabymi wynikami Zhang. W rzeczywistości jednak badaczka podpadła kierownictwu firmy, ponieważ ujawniła szczegółową analizę praktyk Facebooka w kontekście walki z manipulacjami i dezinformacja. Zdaniem Zhang gigant technologiczny usiłuje (nie zawsze skutecznie i równie aktywnie) walczyć z dezinformacją w bogatych zachodnich krajach, ale w przypadku biedniejszych, peryferyjnych państw ignoruje problem manipulacji treściami. Sygnalistka twierdzi, że nie tylko na ignorowaniu się kończy. Autorytarne reżimy nieoficjalnymi kanałami wpływały na to, żeby Facebook przymykał oko na ich działalność w sieci.

W rozmowie z Guardianem Zhang opisuje przypadki m.in. z Hondurasu i Azerbejdżanu.

Honduras

Już po pół roku pracy młoda badaczka zdała sobie sprawę, że aktywność prezydenta Hondurasu Juana Orlando Hernándeza wygląda podejrzanie. W ciągu sześciu tygodni od czerwca do lipca 2018 r. posty Hernándeza na Facebooku otrzymały polubienia od 59 100 użytkowników, z których ponad 78% z nich pochodziło z fikcyjnych profili. Większość fałszywych polubień pochodziła ze fałszywych lub przejętych kont użytkowników, ale Hernández otrzymywał także tysiące lajków ze specjalnie spreparowanych profili. Chodziło fikcyjne  firmy, organizacje lub fałszywe profile osób publicznych, które do złudzenia przypominały te realne. Sprawiało to wrażenie, że poparcie dla prezydenta Hondurasu jest powszechne. Taktyka wspierająca Hernándeza w portalu społecznościowym była łudząco podobna do tego, do tej, którą przeprowadził rosyjski wywiad w ramach amerykańskich wyborów w 2016 roku.

Chociaż Zhang zgłosiła tę sprawę natychmiast po jej wykryciu, to zespół ds. manipulacji zwlekał z działaniem. Musiał minąć ponad rok – a dokładnie 344 dni – by zespół się tym zajął. Nie trzeba wyjaśniać, że było już po wyborach.

Azerbejdżan

Podobnie było w Azerbejdżanie w 2019 roku. Tutaj także stworzono tysiące kont, które miały wspierać autokratycznego przywódcę kraju, prezydenta Ilhama Alijewa i jego rządzącą Partię Nowego Azerbejdżanu (azer. Yeni Azərbaycan Partiyası). W ciągu 90 dni fałszywe konta wygenerowały około 2,1 mln negatywnych, napastliwych komentarzy uderzających w liderów opozycji i niezależne media.

Upłynęło 426 długich dni, zanim Facebook zajął się tą manipulacją. I to dopiero po interwencji Zhang. Dlaczego tak późno? Kwestia azerska, tak samo jak honduraska, nie była priorytetowa. Dopiero po tak długim czasie znalazła się osoba, która zajęła się tematem. I robiła to za pomocą tłumacza Google, bo nie znała azerskiego. Nie dziwi więc, że zmieniła priorytet z „wysoki” na „niski”. Zdenerwowaną takim obrotem spraw Zhang poinformowano, że „jeśli sprawa nie przyciąga uwagi mediów, nie stwarza ryzyka społecznego i nie wpływa negatywnie na PR Facebooku, to nie ma co się przejmować”.

W trzecim świecie jest biomasa, nie klienci

Wygląda na to, że w tzw. Trzecim Świecie Facebook nie traktuje swoich użytkowników poważnie. Są biomasą do generowania złota XXI wieku, czyli danych.  Przy okazji całej afery wyszło, że na szczęście Polska nie jest traktowana jako kraj Trzeciego Świata. Co oczywiście nie znaczy, że w nad Wisłą nie dochodziło do manipulacji, ale o tym później.

– Marne to pocieszenie – komentował sprawę w TOK FM prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego. Zdaniem Jemielniaka argumenty Facebooka jakoby firma nie miała zasobów do kontroli manipulacji w małych krajach, są żałosne. – Kto jak nie Facebook ma odpowiedni kapitał, odpowiednie zasoby na to? – przyznawał w rozmowie.

PRZECZYTAJ TAKŻE NASZĄ ROZMOWĘ Z PROF. JEMIELNIAKIEM.

Facebook nie troszczy się o małe kraje, bo działa w interesie włąsnego biznesu. „Nie sądzę, żeby ludzie myśleli o Hondurasie” – miał powiedział na czacie zespołu Guy Rosen, VP of Integrity at Facebook. A skoro nie myślą, to można pozwalać na łamanie praw i wolności, bo to zawsze szansa na zarobek.

„Jeśli ludzie zaczną zdawać sobie sprawę, że robimy wyjątki dla administratorów stron prezydentów lub partii politycznych, to ci politycy zaczną to wykorzystywać i poza bardziej oficjalnymi kanałami będą naciskać na Facebooka, by osiągnąć swój cel” – mówiła w rozmowie z Guardianem Zhang.

Jej zdaniem Facebook przejmuje się manipulacjami jeśli te dotyczą takich krajów jak Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Francja. „Troska” ta pojawiła się i tak od niedawno. Dopiero słynna afera Cambridge Analytica zmusiła giganta do działania. Swoje próby walki o maluczkich badaczka określiła „próbą opróżniania oceanu zakraplaczem”.

Facebook dał zwycięstwo Dudzie?

Chociaż sama Zhang nie mówiła nic o Polsce, to istnieją przypuszczenia, że z manipulacji korzystał sztab wyborczy Andrzeja Dudy podczas wyborów w 2015 roku. To rewelacje opisał Guardian, a po nim rodzima „Rzeczpospolita”. Zdaniem dziennika sztab wyborczy Dudy miał korzystać z oferty Cambridge Analytica.

„Zarówno język, jak i twierdzenia zawarte w opisie, są niesamowicie podobne do tych używanych przez Cambridge Analytica” – pisze „Guardian”.

Artykuł „Guardiana” opisuje mechanizm przekazywania informacji przez firmy współpracujące z Facebookiem. Aktywni użytkownicy mieli nieświadomie ściągać reklamy wyborcze, na przykład wtedy, gdy wyrażali zgodę na przetwarzanie swoich danych przez portal. Dane zebrane w ten sposób zostały użyte do przeprowadzenia kampanii w mediach społecznościowych wykorzystującej reklamy, wiadomości, a także w innych formach komunikacji.

Facebook. Czas na rozliczenie

Dziś media społecznościowe niszczą demokrację i chyba nikt nie ma co do tego już wątpliwości. W eseju How to Put Out Democracy’s Dumpster Fire opublikowanym na łamach The Atlantic autorzy Anne Applebaum i Peter Pomerantsev podkreślają, że nie jest tak, że jesteśmy skazani na złego Facebooka i generalnie wadliwy Internet.

“Internet, który promuje demokratyczne wartości, zamiast je niszczyć, który czyni rozmowę lepszą, a nie gorszą jest w naszym zasięgu” – piszą.

Chociaż platformy technologiczne, takie jak Facebook są z założenia autorytarne i napędzają szkodliwe treści, to ich zmiana jest możliwa. Kluczowe jest po prostu przejęcie kontroli nad danymi i algorytmami. I rzecz jasna zmiana modelu biznesowego.

Jeżeli o mnie chodzi, zgodziłbym się na płatnego Facebooka i Instagrama w zamian na zapewnienie jakości tych mediów. Zapłaciłbym za konto jeżeli miałbym pewność, że firma, dla której jestem klientem, zadba o moje żywotne interesy. A takimi jest ochrona moich danych, wolność od manipulacji i poszanowanie wolności wypowiedzi. Zapłaciłbym jeśli Facebook obiecałby wspierać – realnie, a nie deklaratywnie – wartości demokratyczne. Zapłaciłby, gdyby Facebook kierował się moim – klienta – interesem.

Dziś Facebook nie jest absolutnie klientocentryczny. Choć to gigant nowych technologii, to stosuje zasady XX-wieczne, autorytarne. Mam przeczucie, że na tym polegnie.

O skandalach z udziałem Marka Zuckerberga będzie coraz głośniej, coraz więcej osób będzie wiedziało, jak wyglądają działania giganta. Nie spodziewam się masowego odpływu użytkowników. Po prostu Facebook przestanie być ciekawym, atrakcyjnym miejscem; będzie śmietnikiem treści i areną propagandy. Życie (to cyfrowe) będzie gdzie indziej.

Oddanie minimalnej władzy w ręce użytkowników w końcu może opłacić się gigantowi – być może to jedyna droga, by nie upaść? Żadna sieć społecznościowa, niezależnie od skali, nie jest wieczna. Świat bez Facebooka? Dla młodszego pokolenia to całkiem realne. Mogą wybrać niszowe alternatywy albo stworzyć coś nowego.

CZYTAJ TAKŻE: https://homodigital.pl/rzad-chce-cenzurowac-internet-pomysl-to-glupi-ale-czy-mozliwy-do-realizacji/

Przykład BBC

Daleki jestem od twierdzenia, że Internet to zło wszelakie. Nie twierdzę, że jeszcze chwila i zostaną tylko modelki i pudelki, hejterzy i spamerzy, blogerzy i idioci. Jak zauważyli autorzy wspominanego wyżej tekstu z The Atlantic „Internet nie jest pierwszą obiecującą technologią, która szybko stała się dystopijna”. Zdaniem Anne Applebaum i Petera Pomerantseva na początku XX wieku radio przyjmowano z takim samym entuzjazmem, jak Internet na początku XXI wieku.

„Radio „zjednoczy całą ludzkość”, pisał w latach dwudziestych Velimir Khlebnikov, rosyjski poeta futurystyczny. Radio połączy ludzi, zakończy wojnę, będzie promować pokój! Wystarczyła chwila, żeby całe zastępy autorytarnych przywódców zaczęły wykorzystywać radio do szerzenia propagandy. Naziści wprowadzili Volksempfänger, tanie radio bezprzewodowe, do nadawania przemówień Hitlera; w latach trzydziestych w Niemczech było więcej radioodbiorników na mieszkańca niż gdziekolwiek indziej na świecie” – zauważają Applebaum i Pomerantsev.

Czy radio doprowadziło do II wojny światowej i holokaustu? Na pewno nie wprost. Jednak po hekatombie wojennej nauczyliśmy się rozumieć radio, stworzyliśmy zasady radiowego przekazu. Jednym słowem: okiełznaliśmy technologię. Jako społeczeństwo wzięliśmy się w garść i udało się. Efektem było m.in. BBC, pierwsze publiczne radio, finansowane z podatków, ale w niezależne od rządu. Myślę, że tak samo możliwy może być powszechny, społeczny Internet, niezależny od wielkich korporacji i rządów.

Zazwyczaj humanistyczne idee udaje wcielić się dopiero o wielkich, antyludzkich tragediach, Tak było z radiem po II wojnie światowej. Czy tak będzie z Internetem po epoce COVID-19? Wątpliwe, choć możliwe.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Najnowsze wpisy naszych autorów Wszyscy autorzy
Przyszłość jest tutaj

Podaj swój adres email i odbieraj najświeższe informacje o nowych technologiach i nie tylko.

email-iconfacebooktwitteryoutubelinkedin instagram whatsup