Partner serwisu

Szejk, wielbłąd i Covid. Jak rodzi się dezinformacja?

Dezinformacja z definicji polega na tym, żeby połączyć ze sobą dwie kropki, które nie mają u Ciebie jeszcze połączenia. Coś czego nie znasz połączone z fałszywą emocją. Odruch reakcja.

Przeglądam LinkedIn. Nie mogę się zdecydować, czy to jest medium numer jeden szerzące w Polsce historie wyssane z palca, czy jednak Facebook. LinkedIn robi to inaczej, dlatego patrzę na to z uwagą. Zazwyczaj fałszywe inspiracje, nie te cytaty, nie te odniesienia, aby prowokować do dyskusji. Dzisiaj trafiam na anegdotę o niby Szejku, Land Roverze i wielbłądzie. Nic mi nie pasuje. Ludzie pod postem popadają w zachwyt, mądrości uniwersalne, zasięgi w dziesiątki tysięcy. Sprawdzam. Nie to zdjęcie, nie ten rok, nie ta wypowiedź, nie ten szejk, nie ten kontekst. Nie zgadza się nic. Ale to nie ważne. Nikt nie zareaguje jak napiszę poniżej, że słuchajcie – wszystko spoko, ale to nie istnieje. To zupełnie nieistotne, tłum ludzi chce się mądrością ogrzać, sparafrazować, komentować. Dezinformacja kwitnie!

Operacja Śluza, wojna hybrydowa i technologia, czyli po co migrantom smartfony?

Zobacz również:

Chwile wcześniej u celebryty technologicznego czytałem o MRI mózgu. Pomylił się definiując przełom wydarzeń o siedem lat. To też nikogo nie interesuje, nie chodzi o zgodność z faktami. Właściwie tu jest całe zagrożenie. Żeby się dało robić historie całkiem wyssane z palca, generować tłuste fake newsy, to najpierw trzeba osłabić też to co naukowe, rządowe, oficjalne. Tak, żeby się dało kwestionować rzeczywistość i negować to co nas otacza.

Oni

Widziałem to milion razy. Nie te ofiary, nie ci strażacy, nie ci imigranci, nie ci lekarze, nie ci bohaterowie, nie te wylane rzeki, nie te płonące lasy, nie te zwierzęta, nie te napaści. Ckliwe historie, pisane niczym te biblijne. Czasami szokujące. Zawsze niby-pouczające. Konstrukt zawsze ten sam, bo konstrukcja fejku ma pewien schemat. Pokazuje się obrazek który szokuje, następnie pisze się jak do tego doszło, aby osiągnąć cel w reakcji publiczności.

To jest zgwałcona dziewczyna przez imigrantów w Grecji, to jest matka, której dziecko zmarło po szczepieniu, to jest lekarz, który ujawnił prawdę. Do tego trzeba zrobić tak zwany call to action, czyli napisać zwrotkę, która uderzy w dobrą strunę. Np. jak myślisz, czemu to przed Tobą ukrywają? Dla kogo ta prawda jest niewygodna? To zazwyczaj wystarcza, żeby w domyśle wytworzyli się tak zwani oni. Oni są wszystkim i są wszędzie. Są rządem, spiskiem ekologów, spiskiem korporacji, bogatych firm rodzinnych, inwestorzy i banki, LBGT i antychryści. Oni. Mocno niezidentyfikowani, bez imion i nazwisk.

Chcesz, żeby tak wyglądała Polska? Zobacz sam!

Więc tak dzisiaj wyglądają przedmieścia Paryża. Albo – Ten doktor naraził się, ale ujawnił prawdę. Teoretycznie możesz to sprawdzić. Ja często sprawdzam. W trzy minuty wtedy się dowiesz, że doktor nie istnieje. Albo nie jest doktorem. Ostatnio jadąc samochodem słuchałem faceta, który tłumaczył na antenie publicznego radia, że najgorsi gwałciciele w Niemczech to lekarze z bliskiego wschodu. Mówił, że to jest plaga. Że ta grupa jest wyjątkowo brutalna. Nie bez powodu to mówił.

Zawsze jest powód podania informacji. Gdzieś przecież u kogoś teraz, podświadomie generuje się strach związany z imigrantami. Dezinformacja z definicji polega na tym, żeby połączyć ze sobą dwie kropki, które nie mają u Ciebie jeszcze połączenia. Coś czego nie znasz połączone z fałszywą emocją. Odruch reakcja. Imigrant = gwałt. Unia Europejska = LBGT. LBGT = masturbujące się dzieci w przedszkolach. Brak kościoła = upadek moralny. Martwe, zniekształcone płody = kobieta z prawem wyboru. Ekologia = pseudo nauka. I tak w nieskończoność. Proste programowanie, prosty algorytm.

Jak sprawdzić manipulację?

Dygresja z zakresu manipulacji: zwróć uwagę na kwestie językowe. Ekologizm. Coś ci to mówi? No więc, w podręcznikach dezinformacji jedna z głównych zasad polega na zakwestionowaniu rzeczywistości poprzez wytworzenie syntetycznego terminu. Następnie termin syntetyczny wiązany jest z nieokreśloną grupą sprawczą, która realizuje swoje interesy twoim kosztem. Ekologizm niczym katolicyzm ma więc wyznawców. Oddala reprezentantów terminu od problemu i kieruje uwagę na wiarę. Jest to strategia, która jest bardzo sprawnie realizowana przez obecny rząd w zakresie projektowania odbioru informacji. Jak byśmy mieli opozycję, to już dawno mielibyśmy sprawiedliwizm, bezprawizm, względnie ideologię sprawiedliwej polski. To są silne zabiegi językowe, które przenikają do świadomości.

Wracam więc sam do gwałtów, sprawdzam statystyki EuroStat za 2013-2017. Na pierwszym miejscu Szwecja, 63 gwałty na 100 000 osób. Polska prawie najniżej w rankingu – dokładnie dwie osoby. Dziwne. Sprawdzam metodologie badań. Dwa czynniki są kluczowe. Gdyby w Szwecji przyjąć definicję gwałtu taką jak w krajach takich jak Niemcy, czy Francja – statystyki by się ułożyły inaczej. Parametr dwa – zgłoszenia. Nie wszędzie służby są chętne do przyjmowania zgłoszeń (kto zgłaszał w Polsce przestępstwo – ten wie).

Gdyby więc przyjąć te same kryteria na Szwecję, co na Niemcy – nie będzie 63 a około 8. Rodzi mi się pytanie w głowie – a co gdyby przyjąć szwedzkie podejście w Polsce? Gdzie wylądujemy w rankingu? Nie dowiem się – ale ta statystyka wystarczy, żeby ją wyrwać z kontekstu. Bo zawsze chodzi o wyrwanie z kontekstu. Więc za chwile ktoś zmajstruje statystyki gwałtów w Niemczech i Polsce i powie, ze tam sodoma i gomora. Bo – i po tym bo można już wstawić, bo rurociąg, bo imigranci, bo LBGT, bo brak kościoła katolickiego. Poleci albo na Facebooku, albo w telewizji Kurskiego. Nikt nie sprawdzi różnic w definicji gwałtów w Polsce i Niemczech. Nie będzie też analizy przyjmowanych zgłoszeń. 

Odszczepcie się

Sprawdzam Sochę, Justynę, choć wołałbym jednak Małgosię. Justyna założyła sobie instytut spraw obywatelskich, bo można. Przeglądam jej media społecznościowe, nie mogę znaleźć żadnych faktów. Za to już wiem, gdzie szukać wszystkich stowarzyszeń o profilu narodowym, wystarczył jeden event u niej. Widzę, że materiały maja szersze spektrum. Już nie koronawirus, ale w ogóle szczepienia. Zwłaszcza dzieci. Aktywni uczestnicy na YouTube piszą w komentarzach, że świetnie, że Pani Justyna demaskuje te otaczające kłamstwa. Piszą, żeby rodzić w domach, nie ufać szpitalom, unikać służby zdrowia, bo robią z nas konsumentów. Ktoś pisze, że na świecie się nie szczepi na gruźlice. Że to spisek w Polsce, bo na świecie nie ma tych szczepień.

Sprawdzam. Faktycznie, Polska dalej nie spełnia kryteriów WHO dotyczących ilości zakażeń gruźlicą. Więc szczepienia są obowiązkowe. Na świecie, inne kraje spełniają kryteria. Zachorowań jest znacznie mniej. Młode matki jednak krzyczą w tych komentarzach, że w ogóle jak można szczepić na gruźlicę, że trzeba szukać naturoterapeutów. Jak Pani Socha podziała dłużej, zabije nas nie Covid-19, a gruźlica. Być może uda się jej też reaktywować odrę, różyczkę lub polio. Aż dziwne, że nikt nie podjął wątku szczepienia na Polio w Afryce, że to też spisek. Na profilu znajduję wiele historii o tym jak sprawnie paraliżować służbę zdrowia, ściągać lekarzy, nie dawać sobie nic wmawiać jak samemu się wie lepiej.

Jak prosta jest dezinformacja, gdy zaufanie nie działa

Rozumiem konstrukt po części, a raczej, czemu taka narracja może zapuścić korzenie. Skoro mamy sekcję zwłok człowieka uduszonego przez interwencję służb, co widać na wideo i owa sekcja pokazuje, że to nie miało wpływu? To ktoś ma wierzyć w ogóle w Polsce w rzeczowość jakichkolwiek sekcji zwłok? No więc nie, nie można. Logika pięciolatka wskaże, że skoro żyjemy w czasach w których ktoś może politycznie nakazać jaki ma być wynik sekcji, to ktoś inny może nakazać wszystko inne. 

Dalej. Jak nagrywamy szefa spółki skarbu Państwa i pojawia się lekarz, który jego wulgaryzm przerabia na zespół Tauretta – to z tego miejsca masz prawo nie ufać ani rządowi, ani lekarzom. Pan Obajtek, próbując się pozbawić odpowiedzialności dyskredytuje zaufanie publiczne do służby zdrowia. Moim zdaniem to jest przestępstwo i to całkiem poważne. Bo wulgaryzmy na nagraniach były w każdej opcji politycznej, one nie przerażają. Ale jeśli nie można ufać służbie zdrowia, bo są w stanie z przekleństw uszyć schorzenie na zamówienie, to czemu ktoś ma jej zaufać przy Covid? Bo to jakiś inny lekarz? A może ten sam? Więc nie mam pretensji do Sochy. Rząd daje jasną instrukcję – naciągnąć można wszystko na własne korzyści i potrzeby. 

Ale mam problem logiczny. Któregoś dnia moje dziecko może przynieść gruźlicę albo ospę z przedszkola, bo znajdzie się wyznawczyni teorii spiskowych bez szczepienia. Uderzy to w moją rodzinę. Rachunek jest prosty. Jak zrobić aby nie przyniosło? Brzytwa Ockhama – nie mieć rządu ani social mediów. Ale to już połączenie anarchii z rozwiązaniami krajów komunistycznych. Bez regulacji skończy się wszystko jak na 8chan. Tego też nikt nie chce.

Równi i równiejsi to najlepszy grunt pod teorie spiskowe

Finalnie z niemocy złoszczę się tylko bardziej. Ale znowu mi się pojawia znak nierówności. Żulczyk ma sprawę w Sądzie za sformułowanie dotyczące prezydenta, a kobieta nawołująca do bojkotu szczepień na Covid oraz dla dzieci – nie stanowi zagrożenia? Nawet jak ktoś później podkłada ogień pod punkt szczepień? GIS widzi przekroczenie uprawnień u Dr Grzesiowskiego, który cały czas rzetelnie informował i zachęcał do szczepień? A nie widzi u osoby, która nawołuje do bojkotu przyjmowania szczepionek? Serio? To jaki jest z tego wniosek? Że można tak?

Wracam do ukochanego przez media młodego promotora wszelkich innowacji. Właśnie ma swoje pięć minut i doskonale rezonuje z tą technologiczno-aspirującą stroną polskiego internetu. Chwilę wcześniej publikował fake story o rozkładających się elektrykach we Francji. Znowu pomylił miejsce, firmę oraz wyrwał kontekst. Przeglądam inne wpisy. Wszystko pokręcone, w najlepszych odsłonach podaje 70% prawdy. Drobne błędy w celu stworzenia sensacji i przełomu. Ale drobne błędy to jest właśnie przedsionek do fake newsów. Półprawdy to już całe kłamstwo.

Kolosy na glinianych nóżkach

Wystarczyłoby jakby dołożył czasami: moim zdaniem, albo wydaje mi się, że. Wtedy by wszystko było w porządku. Ale nie jest i tu pojawia się problem, który umyka większości. Stawianie kolosów na glinianych nogach. Idziesz do telewizji, najlepiej śniadaniowej, żeby było lekko. Sygnalizujesz jakiś przełom, innowacje, kierujesz reflektor uwagi na dany temat. Ale popełniasz przy tym masę błędów i masz sporo nieścisłości. Temat nie ma fundamentu do tego, żeby przybrać na znaczeniu, ale po drodze obrywa wszystko.

Nauka za tematem, inni eksperci, ludzie związani z rozwojem, tworzy się podmiot jak amerykańscy naukowcy. Dzieje się więc coś więcej niż zwyczajnie nieprzygotowanie jednej osoby pretendujące do sławy. Obrywa wszystko. Obrywa zaufanie przez kolejną nieścisłość. Media się tym przejmować nie będą. Ja się przejmuję. Bo ktoś właśnie robi fundament drogi dla kolejnej Pani Sochy. 

Po co telewizja, skoro mamy Internet?

Jak technologia może wesprzeć ograniczenie rozprzestrzeniania bzdur?

Firmy technologiczne starają skorzystać z uczenia maszynowego w celu przetwarzania treści. Czyli zwyczajnie tworzone są algorytmy, które mają na celu rankingowanie informacji. Jeśli informacja osiągnie mniejszy ranking, automatycznie jej rozprzestrzenianie, czyli dystrybucja zwalnia. Problem pojawia się jednak w samej definicji działania algorytmu. Prawda nie jest czarno biała. Często dochodzi do tego, że nawet profesjonaliści od weryfikacji informacji nie wiedzą do końca jak dokonać klasyfikacji treści. Co za tym idzie nie ma uniwersalnych cech w zestawach uczących się.

Bardzo łatwo też może dojść do fałszywej cenzury. Zresztą to zjawisko jest dość powszechne – udział osób zgłaszających dane profile, za każdym razem jak się skrzyknie większa społeczność na Facebooku. Wtedy algorytm patrząc na ilość zgłoszeń nie raz, nie dwa, wyłączał profile, które nie naruszały żadnych standardów. Dopiero weryfikacja ludzka przywracała w większości wypadków zawieszone społeczności. 

Inną przeszkodą jest fakt uczenia się na dość wąskich bazach. Czyli pomimo wiedzy w zakresie manipulacji politycznych, algorytmy nie poradziły sobie z fake newsami w temacie Covid. To wynika z powodu braku możliwości tworzenia predykcji w tym zakresie.

Kolejnym rozwiązaniem jest stosowanie po prostu ostrzeżeń wobec treści, które budzą wątpliwość. Już teraz da się zauważyć, że za każdym razem kiedy na Facebooku poruszany jest temat Covid-19 – pojawiają się automatycznie informacje dotyczące faktów o koronawirusie. Badania pokazują, że ostrzeżenia przy treściach dość skutecznie redukują błędne wyobrażenia i chęć dzielenia się informacją, która może być fałszywa.

Jak działają algorytmy i czy na pewno dobrze?

Natomiast algorytmy działają w sposób zunifikowany. Czyli możemy wprowadzić słowa klucze przy których pojawią się ostrzeżenia dotyczące wiarygodności informacji, albo tworzyć rankingi owych treści. Ale nie zrobisz tego wobec informacji o Szejku i historii o wielbłądach. Czemu? Ponieważ musiałby być analizowany kontekst praktycznie każdego słowa i zwyczajnie nie ma takiej mocy obliczeniowej, aby weryfikować każdy wpis. Technologicznie więc jesteśmy cały czas bardzo mocno bezbronni wobec szerzenia nieprawdziwych informacji. Nawet te rozwiązania, które mają nas chronić w obszarze słów kluczy jak Covid, działają za wolno. A zerkając na profil Sochy, wyraźnie widać, że wymiana słowa klucza na umowne zastępcze wyłącza flagowanie treści. 

Badania pokazują jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Np. odnoszenie się do materiałów źródłowych w publikowanych informacjach nie wpływa na ich ocenę merytoryczną. Ponad to, społeczeństwo jest w stanie odróżnić wydawców o niskiej jakości i wiarygodności od tych o wysokiej jakości.

Wystarczy nic nie robić by dezinformacja wygrała

Wirus to treści o podłożu dość anonimowych serwisów, albo zwyczajnie kanałów YouTube. To też rodzi pewne kwestie. Lata temu jak przedstawiliśmy całą machinę medialną na tak zwany User Generated Content – można było przewidzieć, że to nie pójdzie w dobrą stronę. Ale to też szersze pytanie – ponieważ platformy social mediowe od samego początku nie za bardzo interesowały się stanem wiarygodności informacji, tylko realizowanymi przychodami. 

Kolejnym rozwiązaniem i praktyką, która odnosi stosunkowo największą skuteczność, jest działanie proaktywne po stronie serwisów social mediowych. Czyli aktywnie uczy się użytkowników odróżniania informacji fałszywych od prawdziwych. To dość obiecująca metoda, ale bazująca na pewnej uważności odbiorców. Czyli osoby o największych skłonnościach intuicyjnej oceny wiarygodności informacji, są najmniej skłonne do tego, aby się skupić na materiale edukacyjnym.

Badania pokazały, że występuje swego rodzaju brak odpowiedzialności w zakresie udostępniania informacji. Brak poczucia skutkowości w tym, co robimy. Chętnie udostępniamy wszystko, bo w sumie do tego nas zachęcano przez lata. Napisz coś, udostępnij. Więc problemem kolejnym jest tutaj absolutna bezrefleksyjność tego zachowania. A to się przekłada na wirusowe wręcz rozprzestrzeniania się dezinformacji.

Twitter na ćwierkanej wojnie

Twitter przetestował kolejną ciekawą technikę, która odniosła spory sukces. Do setek tysięcy kont przesłano informacje w celu oceny poprawności nagłówka. Wiadomość była wysłana tylko do użytkowników, którzy w ostatnim czasie linkowali do tekstów i stron szerzących dezinformację. Dalej badania pokazały, że zwrócenie się użytkowników w celu weryfikacji informacji przekłada się na zwiększenie uważności w zakresie dzielenia się informacją. Mechanizmy jak je nazwano, metapoznawcze pozwalają na skalowalność.

Czyli wracamy do technik uczenia się maszynowego. Zaangażowanie użytkowników w ocenę wiarygodność informacji pozwala na zachowanie niezależności użytkowników. Nic nie jest im narzucane przez algorytm, mimo, że po części sami się stają częścią algorytmu. Temat zaangażowania społeczności do weryfikacji informacji wbija się w szerszy termin crowdsourcingu. Zresztą ten mechanizm jest stosowany od lat. Chociażby przy potwierdzaniu, że nie jesteśmy robotem w momencie wysyłania formularzy. Przez lata ludzie całkiem nieświadomi działali niczym najlepszy skaner na świecie przepisując rozmazane fragmenty obrazków. Większość nie była świadoma, że nie tylko potwierdza tożsamość, ale przede wszystkim uzupełnia informacje skanów archiwalnych tekstów, z jakimi nie poradziły sobie OCRy. 

Społeczeństwo i dezinformacja

Naukowcy zajmujący się tematem są zgodni: większa część społeczeństwa zwyczajnie nie potrafi odróżnić prawdy od fikcji. Nikt nas tego nie nauczył. Giganci technologiczni obudzili się dopiero wtedy, kiedy mleko się rozlało. Zachowania ludzkie z drugiej strony są takie, że znacznie łatwiej nam wierzyć w informacje zgodne z utrwalonym wyobrażeniu o świecie. Zarówno w kwestii polityki, obyczajowości, jak i nauki.

Naukowcy też są zgodni co do tego, że trzeba nieco zwolnić. Poświęcić zwyczajnie więcej uwagi na to co udostępniamy, co komentujemy. To jest znowu w kontrze z polityką platform mediowych, które od lat przepisują nagłówki tak, aby prowokować, nie informować. Więc w pewien sposób wymóg uważności wobec społeczeństw cyfrowych jest w dużej kontrze z głównymi wydawcami. Zarówno w Polsce jak i za granicą. Wszędzie.

Czy będzie już tylko gorzej?

Nikt nie jest w stanie ocenić czy to się w ogóle może udać. Czy da się zatrzymać falę dezinformacji? Nie mam pojęcia. Nacisk na społeczeństwo, które ma zwiększyć świadomość w zakresie konstrukcji informacji wyjdzie wszystkim na dobre. Aspirujący celebryci technologiczni zaczną nieco rzetelniej tworzyć swoje stories, telewizje śniadaniowe przestaną się podejmować tematów, wobec których nie mają kompetencji do sprawdzenia ekspertów. Politycy stracą swój elektorat, ponieważ ludzie będą wyczuleni na pół prawdy i zwyczajne kłamstwa. Do tego mogę sobie wyobrazić, że ktoś wyłączy publiczne wiadomości po dwóch minutach, bo będzie wyposażony w wiedzę, która pozwoli mu sprawnie wyłapać manipulację. To brzmi nieźle, ale pachnie idealizmem, a ten zawsze utopią.

Koniec końców, jedyną obroną przed tym co się dzieje to nieustanna nauka i rozsądna otwartość na weryfikację tez oraz poglądów. Problem polega na tym, że mamy do wyrzucenia ostatnie kilkadziesiąt lat rozwoju społeczeństw, bo wszystko bazowało od zawsze na kłamstwie. Może już nie mamy lekarzy w reklamach polecających palenie mentolowych papierosów. Ale mamy ich reklamujących suplementy diety z cukru pudru na tysiąc schorzeń, które nie istnieją. Kłamstwo więc mamy w naturze, albo inaczej: w świecie, w którym dezinformacja pozwala na budowanie gigantycznych kapitałów, prawda nie ma wartości. 

Odpowiedź jest prosta – szerzenie prawdy powinno przekładać się na zysk. Dezinformacji na straty finansowe. Tylko co jest prawdą? AI uczona na źródłach historycznych, będzie kopią wszystkich pół-prawd i interpretacji. Więc algorytm nas nie uratuje.

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] również:Humanoidalny robot Elona Muska. Czy czeka nas bunt maszyn?Szejk, wielbłąd i Covid. Jak rodzi się dezinformacja?Operacja Śluza, wojna hybrydowa, technologia. I dramat […]

trackback

[…] Jak powstaje dezinformacja? Nasza analiza […]

Najnowsze wpisy naszych autorów Wszyscy autorzy
Przyszłość jest tutaj

Podaj swój adres email i odbieraj najświeższe informacje o nowych technologiach i nie tylko.

email-iconfacebooktwitteryoutubelinkedin instagram whatsup
Skip to content