Powody protestów są bardzo przyziemne. Centra danych potrzebują ogromnych ilości energii elektrycznej, wody do chłodzenia, a po zakończeniu budowy zatrudniają stosunkowo niewiele osób. Mieszkańcy obawiają się wyższych rachunków za prąd, przeciążenia lokalnej infrastruktury i tego, że koszty poniosą lokalne społeczności, podczas gdy korzyści finansowe trafią do właścicieli firm.
Według szacunków Goldman Sachs, lokalny opór i ograniczenia infrastrukturalne mogą zagrozić znacznej części planowanej rozbudowy amerykańskich centrów danych. Jeśli inwestycje zostaną opóźnione lub zablokowane, może ucierpieć tempo rozwoju całej branży AI. Barierą rozwoju AI miały być procesory, ale może będzie to raczej brak społecznej zgody na ich budowę i uruchomienie? I czy podobny konflikt czeka również Europę, w tym Polskę?
Centra danych stały się problemem wyborczym. W Teksasie padł republikański bastion
Jeszcze niedawno budowa wielkiego centrum danych była dla amerykańskich polityków powodem do dumy. Inwestycje warte miliardy dolarów, nowe miejsca pracy, wpływy podatkowe i obietnica technologicznej przyszłości – trudno było znaleźć lepszy temat do kampanii wyborczej. Ale podczas wyborów 3 listopada 2026 roku okazało się, że sprzeciw wobec centrów danych może przynosić politykom więcej głosów niż obietnice ich budowy.
Najbardziej spektakularny przykład pochodzi z Teksasu. Demokratka Gina Hinojosa pokonała urzędującego republikańskiego gubernatora Grega Abbotta, kończąc trzy dekady dominacji republikanów na tym stanowisku. Jednym z głównych tematów jej kampanii był sprzeciw wobec ekspansji centrów danych. Hinojosa zapowiadała wstrzymanie wydawania nowych zezwoleń na ich budowę, dopóki nie powstaną przepisy chroniące mieszkańców przed nadmiernym zużyciem energii i wody oraz przerzucaniem kosztów infrastruktury na odbiorców prądu.
To znacząca zmiana, ponieważ Teksas stał się jednym z najważniejszych miejsc na amerykańskiej mapie inwestycji w sztuczną inteligencję. Tania ziemia, dostęp do energii i przyjazne biznesowi regulacje przyciągnęły tam Microsoft, Google, Metę i innych technologicznych gigantów. Według szacunków firmy GLJ Research, na Teksas przypada około jednej czwartej amerykańskich mocy centrów danych planowanych do uruchomienia do 2030 roku. Tymczasem nawet Abbott, dotychczasowy zwolennik takich inwestycji, przed wyborami zaczął ograniczać możliwość podłączania kolejnych obiektów do sieci energetycznej.
Wśród tych, którzy szczególnie boleśnie odczuli wyniki wyborów, znalazł się Elon Musk. Miliarder wydał nawet pół miliarda dolarów na wspieranie republikańskich kandydatów, ale nie zdołał zapobiec utracie przez nich kontroli nad Kongresem. Szczególnie dotkliwa była porażka w Teksasie, gdzie wspierany przez niego Ken Paxton przegrał walkę o mandat senatora. Musk ma tam ogromne interesy biznesowe – od Tesli i SpaceX po infrastrukturę sztucznej inteligencji.
Sam Musk zareagował na wyniki wyborów z charakterystyczną ironią. „Wygląda na to, że moje kosmiczne lasery ingerujące w wybory tym razem nie zadziałały” – napisał na platformie X. Chwilę wcześniej opublikował jeszcze bardziej intrygujący komentarz: „Centra danych w kosmosie zaczynają teraz wyglądać całkiem atrakcyjnie”. Nawet najbogatszy człowiek świata, dysponujący ogromnymi wpływami politycznymi i własną firmą kosmiczną, musi więc liczyć się z mieszkańcami, którzy nie chcą kolejnych energochłonnych inwestycji w swoim sąsiedztwie.
Podobny zwrot nastąpił w Georgii, gdzie wybory gubernatorskie wygrała demokratka Keisha Lance Bottoms, również opowiadająca się za ograniczeniem ekspansji centrów danych. W Ohio zwycięstwo Amy Acton zwiększyło niepewność wokół wielkiego projektu infrastrukturalnego związanego z Nvidią.
Ale sprzeciw nie ograniczył się do wyborów gubernatorów. Według „The Washington Post”, mieszkańcy co najmniej 29 lokalnych społeczności przegłosowali zakazy lub ograniczenia dotyczące centrów danych. W Joliet Township w Illinois za ograniczeniami opowiedziało się niemal 80% głosujących.
Co ciekawe, to nie jest tradycyjny konflikt między Demokratami a Republikanami. Przeciwko centrom danych protestują zarówno wyborcy lewicy, obawiający się skutków środowiskowych, jak i konserwatywni mieszkańcy prowincji, którzy nie chcą oddawać ziemi pod gigantyczne hale serwerowe. Łączy ich przekonanie, że korzyści z inwestycji przypadną wielkim korporacjom, a koszty pozostaną na miejscu.
Skala tego sprzeciwu zaczyna niepokoić Wall Street. Goldman Sachs oszacował, że zmiana układu politycznego w Teksasie, Georgii i Michigan może narazić na opóźnienia lub ograniczenia około 45% planowanej mocy amerykańskich centrów danych. Nie oznacza to oczywiście, że niemal połowa inwestycji zostanie anulowana. Mogą jednak pojawić się moratoria, ostrzejsze przepisy i ograniczenia ulg podatkowych.
Amerykański wyścig o dominację w sztucznej inteligencji po raz pierwszy zderzył się więc z poważnym oporem wyborców. Firmy technologiczne mają pieniądze, procesory i ambitne plany, ale to może nie wystarczyć, jeśli nie będzie zgody mieszkańców.
Kto zapłaci za sztuczną inteligencję? Rachunek trafi do zwykłych mieszkańców?
Nikt nie lubi nadmiernej ingerencji w bezpośrednim sąsiedztwie własnego domu. Wystarczy wspomnieć o protestach w Polsce wobec budowy farm wiatraków, elektrowni jądrowej, spalarni śmieci czy składowisk toksycznych odpadów. To samo dzieje się w Ameryce, jeśli powstaje centrum danych, które zużywa tyle energii elektrycznej, ile średniej wielkości miasto. Inwestor wydaje miliardy dolarów, lokalne władze chwalą się nowoczesną inwestycją, a mieszkańcy zaczynają zadawać niewygodne pytania. Czy wystarczy prądu dla wszystkich? Kto zapłaci za nowe linie energetyczne i elektrownie? I dlaczego rachunki za energię miałyby rosnąć tylko dlatego, że jakaś korporacja chce trenować coraz potężniejsze modele sztucznej inteligencji?
Skala problemu jest ogromna. Według opublikowanego w czerwcu 2026 roku raportu amerykańskiego Lawrence Berkeley National Laboratory, centra danych mogą w 2030 roku zużywać 649 TWh energii elektrycznej rocznie, czyli niemal 12% całego zapotrzebowania USA na prąd. W zależności od scenariusza udział ten może wynieść od 9,5% do ponad 15%. Co więcej, centra danych mogą odpowiadać za około jedną trzecią całego wzrostu zapotrzebowania na energię elektryczną w Stanach Zjednoczonych między 2024 a 2030 rokiem.

Problem polega na tym, że nie wystarczy wyprodukować więcej prądu. Trzeba go jeszcze dostarczyć we właściwe miejsce. Centra danych potrzebują ogromnej mocy przez całą dobę, a ich budowa trwa często znacznie krócej niż rozbudowa sieci przesyłowych i elektrowni. Operator sieci PJM, obsługujący 13 amerykańskich stanów i Waszyngton, ostrzega przed rosnącym ryzykiem niedoborów mocy. Według Reutersa na lata 2027–2029 prognozowane są tam deficyty przekraczające 6 GW. To problem nie tylko dla firm technologicznych, ale również dla milionów odbiorców energii.
I tutaj zaczyna się najważniejszy spór: kto powinien sfinansować rozbudowę infrastruktury? Centra danych płacą za zużywaną energię i zwykle pokrywają koszty własnego przyłączenia. Ale budowa nowych elektrowni, stacji transformatorowych czy rozbudowa sieci może służyć przede wszystkim wielkiemu odbiorcy, podczas gdy jej koszty zostaną rozłożone na wszystkich klientów przedsiębiorstwa energetycznego. Wtedy nawet ktoś, kto nigdy nie korzystał z narzędzi AI, może pośrednio dopłacać do ich rozwoju.
Nie jest to jednak nieuchronne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) zwraca uwagę, że dobrze zaprojektowane taryfy mogą chronić gospodarstwa domowe. Duży odbiorca może zostać zobowiązany do wieloletnich opłat za zarezerwowaną moc, sfinansowania potrzebnej infrastruktury albo wniesienia zabezpieczenia na wypadek rezygnacji z inwestycji. Co więcej, jeśli centrum danych wykorzystuje istniejące rezerwy sieci i uczciwie uczestniczy w kosztach jej utrzymania, może nawet pomóc obniżyć jednostkowe opłaty innych odbiorców. Problemem nie jest więc samo centrum danych, lecz sposób podziału kosztów i ryzyka.
Dochodzi jeszcze kwestia wody. Serwery wytwarzają ogromne ilości ciepła, które trzeba odprowadzać. Niektóre systemy chłodzenia zużywają znaczne ilości wody, co w regionach zagrożonych suszą może wywoływać konflikty z mieszkańcami i rolnikami. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej niemal 40% zidentyfikowanej mocy centrów danych przeznaczonych dla AI znajduje się na obszarach o wysokim lub bardzo wysokim poziomie deficytu wody. Technologie oszczędzające wodę istnieją, ale często wymagają większego zużycia energii.
Zwolennicy centrów danych odpowiadają, że inwestycje przynoszą podatki, zamówienia dla lokalnych firm, miejsca pracy podczas budowy i infrastrukturę potrzebną całej gospodarce. Mają rację, choć korzyści nie zawsze rozkładają się równomiernie. Gotowe, silnie zautomatyzowane centrum danych może zatrudniać stosunkowo niewiele osób w porównaniu ze skalą nakładów i zużyciem zasobów.
Dlatego bunt przeciw centrom danych nie musi oznaczać buntu przeciwko samej sztucznej inteligencji. Może być raczej żądaniem, aby technologiczni giganci płacili pełną cenę za infrastrukturę, na której zamierzają zarabiać. A to dla branży AI oznacza jedno: era budowania centrów danych bez oglądania się na lokalne społeczności może dobiegać końca.
Czy bunt przeciwko centrom danych dotrze do Polski? Stawka jest coraz większa
Europa już zna ten problem. W Irlandii centra danych pochłaniają niemal jedną czwartą krajowego zużycia energii elektrycznej. W Amsterdamie władze ograniczyły możliwość budowy nowych obiektów, a w najważniejszych europejskich ośrodkach technologicznych na przyłączenie dużego centrum danych do sieci trzeba niekiedy czekać od siedmiu do dziesięciu lat. Europa chce uniezależnić się technologicznie od USA, ale coraz trudniej znaleźć miejsce, w którym można szybko uruchomić wielkie serwerownie.

To otwiera szansę przed Polską. W Morach pod Warszawą holenderska firma Switch Datacenters planuje centrum danych AI, którego pierwszy etap, o mocy 50 MW IT, może kosztować od 600 milionów do miliarda euro. Jeszcze większy projekt zapowiedziano w Koninie. Tam ma powstać centrum danych dla sztucznej inteligencji o wartości 3 miliardów euro. W pierwszym etapie inwestycja może potrzebować około 1 TWh energii elektrycznej rocznie. To wielkie przedsięwzięcia, które mogą przyciągać kapitał, rozwijać infrastrukturę cyfrową i wzmacniać pozycję Polski na technologicznej mapie Europy.
Ale jest też druga strona medalu. Polskie Sieci Elektroenergetyczne w projekcie planu rozwoju sieci na lata 2027–2036 przewidują, że zapotrzebowanie centrów danych na energię elektryczną może wzrosnąć z około 0,6 TWh w 2024 roku do 17,4 TWh w 2036 roku. To niemal trzydziestokrotny wzrost. Prognozowana moc takich obiektów ma zwiększyć się z około 200 MW do ponad 3000 MW. Nie są to jeszcze inwestycje, które na pewno powstaną, lecz scenariusz uwzględniający zgłaszane potrzeby i plany rozwoju rynku.

Dla Polski, która musi modernizować energetykę, rozbudowywać sieci i zapewniać energię przemysłowi, to dodatkowe wyzwanie. Czy nowe centra danych same będą finansowały infrastrukturę potrzebną do swojego działania, czy część kosztów poniosą inni odbiorcy prądu? I czy lokalne społeczności będą miały wpływ na decyzje o ich lokalizacji? Na razie w Polsce nie obserwujemy protestów na skalę amerykańską, ale wraz ze wzrostem liczby i wielkości inwestycji podobne konflikty mogą się pojawić.
Okazuje się, że najbardziej zaawansowana technologia świata staje się coraz bardziej zależna od bardzo tradycyjnych zasobów: ziemi, energii, wody i zgody mieszkańców. Firmy technologiczne mogą kupić najdroższe procesory i zatrudnić najlepszych inżynierów, ale nie mogą kupić społecznej akceptacji. A jeśli nie nauczą się dzielić korzyściami i kosztami rozwoju sztucznej inteligencji, największym hamulcem technologicznej rewolucji mogą okazać się decyzje wyborców.
Źródło zdjęcia: Winston Chen/Unsplash

